Kiedy strefa komfortu jest dobra, a kiedy nas ogranicza? Ciągle słyszę: „Bój się i rób!”, „Zmień się, bo inaczej zostaniesz w tyle!”, „Musisz wyjść ze swojej strefy komfortu!”. Słyszę to tak często, że zaczęłam się zastanawiać – czy na pewno? Czy naprawdę każdy musi nieustannie pchać się w dyskomfort, by cokolwiek osiągnąć? A może istnieje inna droga – taka, w której rozwój idzie w parze ze spokojem, intuicją i szacunkiem do siebie? Przeczytaj jak poszerzać strefę komfortu, czyli o rozwoju bez siłowania się!
Spis treści
Strefa komfortu nie taka straszna?!
Dla mnie strefa komfortu to nie więzienie, to przestrzeń, którą świadomie tworzę. Nie po to, by się w niej zamknąć, ale by budować w niej siłę. Wiele osób utożsamia komfort z biernością, stagnacją, unikaniem zmian. A ja widzę w nim coś innego – fundament, na którym mogę stawać się lepsza, ale bez szarpania się i bez presji. Czasem świat wokół nas narzuca tempo, w którym ciężko złapać oddech. Masz się spieszyć, biec, nie zwlekać. Ale czy zawsze musimy iść dalej, szybciej, więcej? A może możemy wybierać, kiedy i jak chcemy się rozwijać, zamiast pozwalać innym decydować za nas? Nie każda zmiana wymaga rewolucji. Czasem najlepsze, co możemy zrobić, to poszerzyć swoją strefę komfortu, zamiast z niej wyskakiwać. Poszerzać ją świadomie, małymi krokami, we własnym tempie. Budować w sobie gotowość na więcej, ale bez zmuszania się do czegoś, na co nie jesteśmy gotowe.
Nie musisz wychodzić – możesz ją poszerzać
Nie chcę się szarpać. Nie chcę rzucać się na głęboką wodę, tylko dlatego, że ktoś powiedział, że „tak trzeba”. Wolę wchodzić do niej powoli, krok po kroku, aż stanie się częścią mojego świata. Poszerzanie strefy komfortu oznacza stopniowe oswajanie się z nowymi sytuacjami, zamiast skakania w nieznane z zamkniętymi oczami. Nie każda zmiana musi być dramatyczna – czasem to właśnie małe, codzienne decyzje prowadzą do wielkich efektów.
Wyobrażam sobie kobietę, która marzy o tym, by lepiej komunikować swoje myśli w grupie. Może od razu zapisać się na kurs wystąpień publicznych i zmusić się do przemawiania na scenie. Ale może też zacząć od czegoś prostszego – np. zabierania głosu podczas mniejszych spotkań, wypowiadania swojej opinii w zaufanym gronie, a dopiero potem stopniowo mierzyć się z większymi wyzwaniami. To jest właśnie poszerzanie strefy komfortu – metoda małych kroków, która daje przestrzeń na naukę i dostosowanie się do zmian we własnym tempie.
Podobnie jest w innych obszarach życia. Nie każdy musi od razu rzucać pracę, jeśli coś mu w niej nie pasuje. Można najpierw zacząć od eksplorowania innych możliwości – rozmów z osobami, które wykonują interesujące nas zawody, zdobywania nowych umiejętności w wolnym czasie czy testowania pomysłu na własną działalność w mniejszej skali. Zmiana nie musi oznaczać rewolucji – może być naturalnym rozszerzaniem własnych możliwości.
Największą różnicą między „wychodzeniem” a „poszerzaniem” jest to, kto podejmuje decyzję o zmianie. Jeśli zmuszamy się do czegoś pod wpływem presji społecznej, porównań do innych czy przekonania, że „tak trzeba”, to często kończy się to frustracją i poczuciem zagubienia. Natomiast gdy pozwalamy sobie na powolne oswajanie się z nowym, testowanie różnych opcji i wybieranie tego, co naprawdę nam pasuje, zmiana staje się czymś naturalnym, a nie wymuszonym.
Jeśli skaczesz na główkę, to załóż kask
Ile razy słyszałam, że „jeśli coś przychodzi łatwo, to znaczy, że nie jest wartościowe”? Że jeśli nie mierzę się z lękiem, jeśli nie czuję dyskomfortu, to znaczy, że stoję w miejscu? To jedno z tych przekonań, które wwiercają się w głowę i sprawiają, że człowiek zaczyna wątpić w swój sposób działania. A przecież to nieprawda. Nie wszystko, co wartościowe, musi być okupione walką. Wręcz przeciwnie – czasem największa wartość tkwi w tym, co przychodzi nam naturalnie, co daje spokój, co robimy z przyjemnością. Dlaczego mielibyśmy to ignorować tylko dlatego, że nie czujemy przy tym stresu? Dlaczego mamy uważać, że coś jest mniej ważne, bo nie wymaga od nas skakania na główkę w nieznane?
Są też inne przekonania, które blokują bardziej, niż pomagają. „Jeśli nie wychodzisz ze strefy komfortu, to się cofasz” – czy na pewno? A jeśli właśnie dzięki temu, że w niej jesteś, możesz podejmować lepsze decyzje, być bardziej uważna, budować swoje życie świadomie? Jeśli to, co teraz masz, jest dobre – czy naprawdę trzeba je na siłę zmieniać? Albo to: „Lęk jest oznaką rozwoju”. Czasem tak, ale nie zawsze. Lęk może być sygnałem, że robimy coś niezgodnego ze sobą. Że forsujemy się ponad miarę. Że działamy wbrew intuicji, bo tak wypada, bo inni tak robią. Czy rozwój naprawdę wymaga tego, byśmy drżały przed każdym kolejnym krokiem? Może, zamiast zmuszać się do wychodzenia w nieznane, warto poszerzać swoją przestrzeń – stopniowo, we własnym rytmie?
Najbardziej mylące jest jednak przekonanie, że „komfort oznacza stagnację”. Komfort może być fundamentem, z którego rośniesz. Może być przestrzenią, w której zbierasz siły, podejmujesz lepsze decyzje, czujesz się bezpiecznie. Bycie w dobrym miejscu nie oznacza, że się cofasz. Oznacza, że masz przestrzeń, by decydować, co dalej – bez presji, bez wymuszonego tempa, bez poczucia, że czegoś Ci brakuje. To nie komfort jest problemem – problemem jest presja, która wmawia nam, że nie możemy go mieć.

O wypaleniu – gdy presja zabija chęć do działania
Są momenty, kiedy dociera do mnie, że ciągłe ciśnienie na „więcej i szybciej” nie tylko mnie nie motywuje, ale wręcz odbiera radość z działania. Wypalenie często zaczyna się od nieustannego porównywania się do innych, presji, by nadążyć, i poczucia, że nigdy nie robię wystarczająco dużo. A przecież rozwój powinien budować, a nie wyniszczać. Nie chcę doprowadzić się do momentu, w którym zmiana staje się przymusem, a każde kolejne wyzwanie wywołuje lęk zamiast ekscytacji. Wierzę, że można działać inaczej – spokojniej, uważniej, bliżej siebie. To nie oznacza, że nie podejmuję wyzwań, ale że robię to na własnych warunkach, wtedy, kiedy jestem na to gotowa.
Wcisnąć się w ołówkową spódnicę i szpilki
Był taki czas, gdy szukałam swojej drogi. Miałam w sobie dużo pytań, niepewności, ale i nadziei, że ktoś mądrzejszy ode mnie pokaże mi, jak żyć „dobrze”. I wtedy trafiłam na coaching. To były czasy, kiedy wszyscy mówili jednym głosem: „wyjdź ze swojej strefy komfortu”, „bój się i rób”, „jeśli Cię coś uwiera, to znaczy, że to jest dla Ciebie”. Więc próbowałam. Założyłam ołówkową spódnicę, choć jej nie cierpiałam. Bo tak kazano – „przełam się, bo Ci pasuje”. Uśmiechałam się na siłę, prowadziłam rozmowy, które były dla mnie sztuczne, robiłam rzeczy, które niby miały mnie rozwinąć. Ale nie czułam rozwoju. Czułam, jak coś mnie ciśnie. Dosłownie.
Już wtedy wiedziałam, że coś tu się nie zgadza. To nie było moje. To nie ja wybierałam – ktoś inny decydował, jaka powinnam być. I choć wszyscy dookoła powtarzali, że tak trzeba, że to święta prawda, czułam, że coś tu nie gra. Że rozwój nie powinien wyglądać jak dopasowywanie się do formy, która mnie uwiera. Dziś wiem, że miałam rację. Słucham siebie. Nie muszę się przełamywać, jeśli nie widzę w tym sensu. Nie zmuszam się do robienia rzeczy, które mi nie pasują, tylko dlatego, że ktoś uznał, że „tak trzeba”. Poszerzam swoją przestrzeń, ale w swoim tempie. I to działa.
Podsumowanie – Twój komfort, Twoja decyzja
Nie każdy rozwój musi być skokiem w nieznane. Czasem największa zmiana polega na tym, by nauczyć się ufać sobie i podejmować decyzje w zgodzie z własnym tempem i potrzebami. Poszerzanie strefy komfortu nie oznacza rezygnacji z wyzwań – oznacza mądre wybieranie tych, które naprawdę mają dla Ciebie znaczenie. Daj sobie prawo do tego, by nie przyspieszać na siłę, ale otwierać się na nowe w sposób, który Cię nie przytłacza. Nie wszystko, co wartościowe, dzieje się poza strefą komfortu – czasem to właśnie w niej budujesz przestrzeń, w której naprawdę możesz rozkwitnąć.

Autorka: Ela Wolińska — pomagam przedsiębiorczyniom i freelancerkom działać bez spiny, bez presji, za to w sposób, który ma dla nich sens. Wspieranie bez spiny to nie tylko moje podejście do pracy 1:1. To także przestrzenie, które tworzę z innymi – jak spotkania FreelanceLocal, które z sukcesem realizujemy w Lublinie i Warszawie. To bezpieczne miejsca do rozmów, dzielenia się doświadczeniem i budowania relacji bez udawania. A raz w roku spotykamy się jeszcze szerzej – na stacjonarnej Konferencji dla Wirtualnych Asystentek i Freelancerek, gdzie rozwój idzie w parze z lekkością, społecznością i realnym wsparciem. Pokazujemy, że można działać inaczej – bez ciśnienia, ale z odwagą i sercem.

