Ewa Stanglewicz przez większość życia pisała do szuflady. Dziś pisze własne teksty piosenek, śpiewa je, gra na pianinie i współtworzy muzykę, która porusza – siebie i innych. Twórczość stała się jej sposobem na życie, rozmową z emocjami i wyrazem wolności, która przyszła z czasem, nie z wiekiem. W tej rozmowie opowiada o odwadze, która przychodzi, gdy przestajesz się bać własnego głosu.
Spis treści
O wolności, muzyce i życiu z pasją…
Czasem najważniejsze rzeczy przychodzą do nas nie wtedy, kiedy ich szukamy, ale kiedy jesteśmy gotowe, by je przyjąć. Ewa przez lata śpiewała w chórach, pisała wiersze i wsłuchiwała się w siebie – po cichu, bez rozgłosu. Dopiero na 60. urodziny dała sobie zgodę na to, by naprawdę zacząć mówić własnym głosem. Zapisała się na lekcje pianina. Potem przyszły teksty piosenek, kompozycje, scena. Dziś mówi, że pisanie i śpiewanie to dla niej coś więcej niż hobby – to rozmowa z samą sobą, którą słychać w dźwiękach. Ten wywiad to opowieść o tym, jak wielką siłą może być twórczość – nawet (albo zwłaszcza) wtedy, gdy wydaje się, że na marzenia jest już za późno. To historia kobiety, która nie czekała dłużej na znak. Po prostu zaczęła grać.
Ewo, czy pamiętasz taki moment, kiedy świadomie pomyślałaś sobie: „Nie mam nic do stracenia, mogę żyć po swojemu”?
Trudno mi wskazać jeden, konkretny moment. Myślę, że to raczej był proces – dojrzewanie do tej świadomości poprzez różne wydarzenia, lekcje, refleksje. Pamiętam jednak, że od zawsze miałam w sobie cechy wolnościowe. Już jako dziewczynka byłam bardzo samodzielna i niezależna. Pewnie miało na to wpływ to, że byłam najstarszym dzieckiem w rodzinie, ale u mnie ta potrzeba decydowania o sobie była wyjątkowo silna. Nie znosiłam, gdy ktoś próbował mówić mi, co mam robić – odbierałam to jako ograniczenie, wręcz upokorzenie.
Zdziwienie budziło we mnie to, z jaką łatwością moje koleżanki godziły się na brak wolności, jakby to było coś oczywistego. Ja się na to nie zgadzałam. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom, że w tamtych realiach pozwalali mi na tyle swobody, na ile to było możliwe. A może po prostu nie byli w stanie mnie ograniczyć, bo nie dawałam im na to przestrzeni? Jedno wiem na pewno: Wolność od zawsze była dla mnie wartością nadrzędną. Najważniejszą. Zaraz po niej jest Miłość.
Świadomość, że mogę żyć po swojemu i naprawdę wybierać – nie to, co wypada, ale to, czego pragnę – przyszła do mnie jednak dopiero niedawno. Wcześniej brakowało mi języka i przestrzeni na takie myślenie. Nie było tej świadomości ani w kulturze, ani wokół mnie. Zaczęłam kierować się tym, co mnie porusza, co sprawia mi radość – a nie tym, co trzeba czy wypada. Najbardziej przełomowym, odważnym wyborem, który wyszedł z serca i pasji, a nie z obowiązku, było zapisanie się na lekcje gry na pianinie. Dałam sobie ten prezent na 60. urodziny!
Zawsze miałaś w sobie tyle energii i odwagi do realizacji marzeń? Czy coś się w Tobie zmieniło z wiekiem?
W jakimś sensie zawsze podążałam za tym, co mnie wewnętrznie poruszało – choć często na małą skalę. Jako dziecko uwielbiałam śpiew i taniec. Ale moje najgłębsze marzenie – fortepian – przez lata nosiłam w sobie w ukryciu. Ten instrument wywierał na mnie piorunujące wrażenie. Gdy miałam okazję stanąć obok kogoś, kto na nim grał, potrafiłam wpatrywać się w niego bez końca – jak w coś świętego. W moich oczach ta osoba stawała się kimś niemal boskim.
Nie wiem, dlaczego nigdy nie powiedziałam rodzicom o tym marzeniu. Może wydawało mi się zbyt odległe, zbyt nierealne. Może nie chciałam im dokładać zmartwień. A może sama w nie nie wierzyłam? To były czasy, kiedy dzieci raczej nie pytano o pragnienia. Na szczęście – marzenia nie mają terminu ważności. Dla mnie ten czas nadszedł. Oczywiście towarzyszyły mi wątpliwości – czy się nadaję, czy to nie jest tylko zachcianka. Bardzo zależało mi na tym, by zrozumieć, skąd naprawdę płynie ta potrzeba. Jeszcze wtedy nie ufałam sobie na tyle. Dlatego czekałam. Czekałam na znak – od życia, od Wszechświata. I dostałam go. Pojawiła się koleżanka z dzieciństwa, której w dzieciństwie „zazdrościłam” tego, że chodziła do szkoły muzycznej. Powiedziała: „Chcę wrócić do pianina”. I wtedy pomyślałam – może to też czas na mnie?
Co daje Ci dziś energię i radość, kiedy rano wstajesz z łóżka? Jak wyglądają Twoje poranki?
Zdecydowanie jestem skowronkiem – poranki to moja ulubiona pora dnia. Cieszy mnie po prostu nowy dzień, jego świeżość, zapach kawy, cisza. Te małe rzeczy – niby zwyczajne – są źródłem ogromnej radości. Nadal pracuję zawodowo, bo chcę i… co ważne – nadal mnie chcą 🙂 To daje mi satysfakcję. Kiedyś podjęłam decyzję, że będę żyć tak, jakby każdy dzień był świętem. Bo czemu święto ma być tylko raz w roku? Ja chcę je czuć częściej. I to się udaje – nawet jeśli dzień zaczyna się nieidealnie, to w końcu i tak „się uładzi”.
Nie oszczędzam sobie poranków z kawą w łóżku. Czasem decyzja o tym zapada spontanicznie, tuż po przebudzeniu. Zauważyłam, że wiele zależy ode mnie – od mojego nastawienia, mojej decyzji, jak chcę ten dzień przeżyć. Jeśli wybieram, by było ekscytująco – dzieje się tak. A jeśli czuję, że potrzebuję spokoju – tworzę sobie cichy, delikatny dzień. I to działa.
Pracujesz w bibliotece uniwersyteckiej i masz kontakt z młodymi ludźmi. Co Ci to daje?
Formalnie rzecz biorąc, w mojej pracy największy kontakt mam z książkami – i bardzo mnie to cieszy, bo właśnie one zaprowadziły mnie kiedyś na tę ścieżkę zawodową. Ale rzeczywiście – młodzi ludzie mnie otaczają. I choć nigdy się nad tym głęboko nie zastanawiałam, z perspektywy czasu widzę, jak duże ma to dla mnie znaczenie. To środowisko jest dla mnie naturalne. Młodzież wnosi do przestrzeni pracy lekkość, świeżość, śmiech. Obserwuję to od ponad 40 lat – i jestem przekonana, że chłonęłam przez ten czas ich ufność i energię. Dopiero Twoje pytanie uświadomiło mi, jak bardzo jestem za to wdzięczna. I za mój wybór tej właśnie drogi zawodowej – również.
Jak Twoi najbliżsi reagują na Twoje – czasem odważne – pomysły? Choćby występ na koncercie?
Z ogromnym spokojem i naturalnością. Nawet słowo „akceptacja” wydaje się tu nieadekwatne – to po prostu nie budzi zdziwienia. Moje dzieci – dziś już dorosłe – i wnuczka również realizują swoje pasje. Wnuczka ma najwięcej szczęścia, bo zaczęła bardzo wcześnie – właściwie od razu. Moje dzieci – w dorosłości. A ja – w wieku bardzo dojrzałym. Wygląda na to, że przykład rzeczywiście idzie z góry – i to działa. W pokoleniu mojej wnuczki już widać, że pasja nie musi czekać. Co więcej, także moi przyjaciele i znajomi zaczęli realizować swoje zamiłowania, rozwijać zainteresowania. Potwierdza się zasada, że podobne przyciąga podobne. I to jest piękne.
Skąd pomysł, żeby wystąpić na scenie akurat z zięciem? Kto był inicjatorem tego duetu?
Przez długi czas w Tonice – miejscu, gdzie uczę się gry na pianinie i śpiewu – prawie nie było dorosłych osób. Nie brałam udziału w koncertach, głównie z powodu lęku przed występami publicznymi. Ale w ostatnim roku dużo się zmieniło. Pojawiło się więcej dojrzałych wokalistów, a ja poczułam, że chcę być częścią tej społeczności, nie stać z boku. Jednocześnie brakowało mi odwagi, żeby zrobić ten krok samodzielnie. Wtedy moja nauczycielka, Natasza Smirnowa – prawdziwa artystka – zaproponowała występ w duecie. Córka nie była gotowa, wnuczka jeszcze zbyt mała do tekstu piosenki. Przyjaciółki – choć cudowne – nie śpiewają. Zięć natomiast zawsze był chętny do wspólnego muzykowania i ma piękny głos. Kiedy pierwszy raz przyszedł do naszego domu, mój mąż od razu zapytał: „Śpiewasz?” – „Tak” – odpowiedział Kuba. I to była dobra odpowiedź. Od razu dostał nie tylko naszą akceptację, ale też nuty i termin pierwszej próby!

Jak się czułaś, wychodząc na scenę z takim energetycznym utworem? I dlaczego właśnie „Co mi Panie dasz?” z repertuaru zespołu Bajm?
Wybór piosenki należał do Nataszy. Sięgnęła po utwór, który Kuba i jego żona – moja córka – mieli zaśpiewać na swoim ślubie, ale nie zdążyli go wtedy przygotować. To piękna historia, a Natasza ją pamiętała. Ucieszyłam się, że nasz występ będzie miał osobisty wymiar. Sama piosenka nie była technicznie trudna, ale dla mnie – jako osoby wychowanej na muzyce klasycznej – była sporym wyzwaniem. Rock był mi kompletnie obcy. Do końca nie wiedziałam, czy odważę się wystąpić. Ale po próbie przed koncertem poczułam, że dam radę. Co zaskakujące – na scenie nastąpiła we mnie przemiana. Pojawiła się radość, lekkość. I ku mojemu zdumieniu… naprawdę mi się to spodobało !
Zaczęłaś też pisać własne teksty piosenek, a Twoja nauczycielka Natasza tworzy do nich muzykę. Jak to się zaczęło? Co sprawiło, że odważyłaś się podzielić swoimi myślami, emocjami?
Zawsze łatwiej było mi wyrażać emocje przez pisanie niż przez rozmowę. Pamiętniki, listy, wiersze – to od lat mój naturalny język. Słowo pisane pozwalało mi dotknąć tego, czego często nie potrafiłam ubrać w głos. Kiedyś – jako wyraz wdzięczności – podarowałam Nataszy wiersz opisujący sen, który śnił mi się po tym, jak ona podzieliła się ze mną swoim snem. To był taki osobisty, cichy dialog – pełen zaufania. Właśnie wtedy zaproponowała mi, jak to ujęła, „współpracę”. Poprosiła o tekst, do którego mogłaby skomponować muzykę. Tak powstała „Nazajutrz” – nasza pierwsza piosenka. Gdy była już gotowa, pojawił się kolejny krok: miałam ją zaśpiewać. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, zupełnie inny poziom otwartości. Owszem, wcześniej śpiewałam – w chórach, w grupie – ale to było co innego. Tu nagle miałam stanąć z własnym tekstem, z własnymi emocjami, zupełnie bez zbroi. Przełamanie się zajęło mi chwilę. Ale kiedy w końcu zaufałam sobie, poczułam, że to płynie naturalnie – tak jak pisanie. Emocja znajduje dźwięk, głos, i po prostu się wyraża. To naprawdę przepiękny proces. A potem przychodzi kolejne wyzwanie: wyjść z tym do świata. Niełatwe jest życie twórcy – ale niesie w sobie ogromne poruszenie i ekscytację.
Co czujesz, kiedy słyszysz swoje teksty „odziane” w dźwięki? Czy to jest dla Ciebie inny rodzaj rozmowy z samą sobą – taki, który dociera głębiej niż zwykłe słowa? Sama mówisz, że pisanie piosenek to dziś dla Ciebie najważniejsza rzecz na świecie…
Powstało już sporo naszych wspólnych piosenek – i sporo emocji w nich się przepracowało. Usłyszeć część siebie w muzyce to coś, co wciąż mnie zachwyca i wzrusza. Natasza ma niezwykły dar – potrafi naprawdę poczuć emocje zawarte w tekście i przełożyć je na dźwięki. To rzadki i piękny talent. Trwam w nieustannym zadziwieniu, jak to się dzieje, że coś tak intymnego może zostać tak subtelnie wyrażone przez drugiego człowieka. Są momenty, które zostają ze mną na długo. Jak ten, kiedy podczas Winobrania szłam deptakiem w Zielonej Górze i usłyszałam piosenkę o moim ukochanym mieście. „Zielona Góra z lotu ptaka” – moja konkursowa „laureatka”, napisana z okazji jubileuszu miasta – pięknie wyśpiewana przez Oliwię Włodarską. I nagle to moje własne słowa, moje miasto, moja muzyczna droga… w jednym dźwięku. Takie chwile są bezcenne. A ja – cóż, wciąż trwam w zachwycie. I zadziwieniu.
Co sprawia, że młodzi ludzie tak chętnie spędzają z Tobą czas?
Chciałabym powiedzieć, że to poczucie humoru, ale prawda jest taka, że sama nie wiem. Nie zastanawiam się nad tym. Jestem nawet trochę zdziwiona, że różnica wieku w ogóle ma dla nich jakieś znaczenie. Może po prostu zapomniałam, jak to jest być młodym – to było dawno. Dziś patrzę raczej przez pryzmat dusz – a dusze nie mają wieku.
Czy miałaś kiedyś świadomość, że łamiesz stereotypy dotyczące dojrzałych kobiet?
Zawsze lubiłam iść własną drogą. Robić coś inaczej, po swojemu – to moje naturalne podejście. Ale przyznam, że długo nie zdawałam sobie sprawy, że łamię jakiekolwiek schematy związane z wiekiem. Kiedy coś robisz z pasji i z serca, nie analizujesz tego przez pryzmat wieku czy społecznych oczekiwań. Po prostu – dobrze się bawisz. A dusza, jeśli jest aktywna i radosna, nie zna ograniczeń. To otoczenie często przypomina nam o wieku – dualizm „młody–stary”, „ładny–brzydki” – szczególnie dotyka kobiety. Wiele z nas myśli, że po czterdziestce lub pięćdziesiątce życie się kończy. Tymczasem to może być najpiękniejszy moment życia. Dzieci dorastają, zyskujemy czas dla siebie. I właśnie wtedy możemy wrócić do tej siebie, którą porzuciłyśmy gdzieś w dzieciństwie – zanim przyszły obowiązki i schematy.
Masz wiele pasji. Jak w tym wszystkim znajdujesz prawdziwy, wolny czas dla siebie?
Rzeczywiście – żyję dość intensywnie. Ale równowagę znajduję w ciszy i samotności. Od niedawna mam ogród – to moje małe sanktuarium. Kiedyś wystarczały mi kwiaty na balkonie, drzewa za nim, łąka, obłok na niebie. To były moje przestrzenie regeneracji. Dziś, gdy potrzebuję wrócić do siebie, wystarczy chwila obecności, bliskość natury, by odzyskać spokój. Taki powrót do siebie to najskuteczniejsze ładowanie baterii.
Gdybyś miała jednym zdaniem opisać swoją receptę na radość życia – jak by ona brzmiała?
Jestem wdzięczna…. za wszystko. Za to, co było. Za to, co jest. I za to, co będzie.

Czy podejścia do życia można się nauczyć, czy trzeba je mieć w sobie od zawsze?
Zdecydowanie można się nauczyć. Im wcześniej – tym lepiej. Dziś mamy dostęp do ogromnej wiedzy: książki, podcasty, kursy, rozmowy z ludźmi, którzy przeszli swoją drogę. Kiedyś trzeba było o wszystko walczyć – dosłownie kupować tę wiedzę, jeździć na warsztaty, szukać jej po kątach. Ale może dlatego była bardziej cenna. Dla mnie jednym z najważniejszych kroków było nauczenie się obserwowania siebie – bez ocen, z ciekawością. To zmienia wszystko.
Co powiedziałabyś kobietom, które wciąż się wahają, bo czują, że „już za późno”?
Nie czekajcie zbyt długo. Bo kiedy w końcu się odważycie – a potem poczujecie to szczęście, że coś wreszcie robicie dla siebie – może przyjść też żal. Żal za straconym czasem, który już nie wróci. Ale z drugiej strony: lepiej późno niż wcale. Każdy dzień może być początkiem. I każdą decyzję można zmienić.
Co gra Ci w duszy? Czego słuchasz najchętniej?
Teraz najczęściej… ciszy. Zamiast muzyki słucham tej, którą gram – uczę się nowego utworu na pianinie, albo pracuję nad piosenką z Nataszą. To mi wystarcza. Nie potrzebuję więcej dźwięków – cenię sobie przestrzeń, w której może wybrzmieć cisza. I ona gra mi w duszy najpiękniej.
Jaką decyzję uważasz za najbardziej szaloną?
Trudno mi wskazać jedną. Nie widzę siebie jako osoby, która podejmowała szalone decyzje. Moi znajomi mówią, że moje życie to materiał na książkę, ale ja tego tak nie odbieram. Wszystkie moje wybory były przemyślane, płynęły z wewnętrznej ciszy, a nie potrzeby ekscytacji. Nie ciągnie mnie do podróży po świecie – wolę eksplorować siebie. Ale jestem otwarta – jeśli coś się pojawia, a ja mam refleks, żeby to uchwycić, to wchodzę w to z ciekawością.
Jak ludzie reagują na Twoją energię i otwartość?
Mówią, że im coś daję. Że czerpią. Że inspiruję. Czasem to mnie zaskakuje – ale przyjmuję to z pokorą i wdzięcznością.
Czy Twoi bliscy wspierają Cię w Twoich działaniach, czy czasem próbują Cię „przytrzymać”?
Na szczęście – wspierają. Córka, zięć, wnuczka – kibicują mi, doceniają, biją brawo. I ja im też – to działa w obie strony. Wierzę, że dzięki temu mniej się boją upływu lat. Widzą, że życie nie kończy się po pięćdziesiątce – a wręcz może wtedy naprawdę się zacząć.
Jaką radę dałabyś dziś sobie z przeszłości?
Na pewno wcześniej zaczęłabym mówić o swoich potrzebach. Często wybierałam łatwiejszą drogę, nie chcąc sprawiać kłopotu. Ale dziś wiem, że to nic złego – mówić o tym, czego się pragnie. Patrząc z góry – widzę, że dobre rzeczy przychodziły po trudnych. Gdybym szła zawsze najprostszą drogą, ominęłabym to, co najciekawsze.

Co jest najpiękniejsze w dojrzałości kobiety?
Wolność. Prawdziwa, spokojna, głęboka wolność bycia sobą. Rozkoszuję się nią codziennie od nowa – i nie mam jej dość.
Jakie masz marzenia lub wyzwania przed sobą?
Czasem, gdy ktoś składa mi życzenia, próbuję w głowie znaleźć jakieś marzenie. I nie znajduję. Myślę: „Przecież muszę coś mieć!”. A może to jest tak, że one teraz tak szybko się spełniają, że nie nadążam ich nazywać? Może po prostu jestem już w miejscu, gdzie marzenia nie muszą być planowane – tylko przeżywane, kiedy się pojawią. Takie czasy – wysokie, szybkie, dobre. Trzeba z nich korzystać.
I tego korzystania pełną piersią, garściami życzymy 🙂 Dziękuję za tę inspirującą rozmowę.
Rozmawiała: Kamila Wilczyńska.

