Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie

  • Post published:2025-05-30
You are currently viewing Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie
Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie

Zapachniało Kubrickiem? Cóż, nie wiem, czy istnieje lepsze zdanie, które podsumowałoby to, co wydarzyło się w moim życiu w ciągu ostatnich 10 miesięcy. A jeśli istnieje, z pewnością nie jest tak pięknie osadzone w popkulturze, jak to, które wybrałam na tytuł tego artykułu. Czym jest amigurumi i w jaki sposób pomogło mi uwolnić się od syndromu oszusta?

Słomiany zapał, czyli neuroatypowy rozwój

Od dziecka słyszałam, że mam „słomiany zapał”, co wprawdzie wiele lat później okazało się być jednym z objawów mojej neuroatypowości, ale w tamtym czasie zaszczepiło we mnie przekonanie, że za cokolwiek się nie wezmę, i tak w końcu mi się znudzi. Pozytywnym aspektem tego przekonania okazał się być mój bardzo wszechstronny rozwój, którego na szczęście nie ograniczały niespełnione ambicje mojej rodziny.

  • Chciałam rysować: Babcia bez gadania wyciągała blok pożółkłego papieru i kredki pamiętające Stalina.
  • Chciałam śpiewać: Mama do dziś przechowuje kasetę z nagraniem mojego niewątpliwie uroczego wykonania „Laleczki z saskiej porcelany”.
  • Chciałam tworzyć żurawie z papieru: Cóż, akurat origami okazało się być zbyt finezyjnym zajęciem dla 8-latki, o czym mogły poświadczyć stosy nierówno pogiętych kartek. Ale za to papierowe samolociki robiłam bardzo… funkcjonalne.

Syndrom oszusta wchodzi do gry

Niestety, mimo wszechstronnego (samo)rozwoju, który niewątpliwie wydobył na powierzchnię przynajmniej kilka z moich talentów, w dorosłości dorobiłam się syndromu oszusta. I… jeszcze rok temu, w tym miejscu mogłabym zakończyć moją opowieść, bowiem wewnętrzny krytyk od lat skutecznie zwalczał moją wiarę w jakikolwiek sukces w dziedzinie ilustracji, która (jak mi się wtedy wydawało) była jedynym zajęciem mogącym dać mi szczęście i spełnienie. (A przy okazji również płynność finansową).

Dzień, który wszystko zmienił

Na szczęście, pewnego czerwcowego dnia 2024 roku zapragnęłam nauczyć się szydełkować. Moje pragnienie, jak rzadko w takich sytuacjach bywa, objawiło się w wersji nadspodziewanie kompletnej. Od razu wiedziałam na przykład, że nie interesują mnie tzw. babcine kwadraty, a wyłącznie amigurumi. Zaskakujące było też to, że do pierwszych zakupów, które miały mi pozwolić zanurzyć się w mojej świeżo odkrytej pasji, podeszłam z ogromnym rozsądkiem. Zamówiłam najtańsze szydełka z sylikonową rączką, znaczniki oczek i trzy motki włóczki.

Dwa dni później wyszydełkowałam swoje pierwsze amigurumi. Było stanowczo zbyt słabo wypchane, ale… poza tym jednym szczegółem naprawdę nie mogłam mu zbyt wiele zarzucić. W zasadzie wciąż nie mogę. Tak, mój lew mógłby zyskać na użyciu kontrastowych kolorów i porządnym wypełnieniu. Ale kiedy w marcu postanowiłam pokazać swoje pierwsze cztery projekty na Instagramie, byłam z nich naprawdę dumna. A najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że pierwszy raz od bardzo dawna, mojego wewnętrznego krytyka po prostu zatkało.

Szydełkiem w syndrom oszusta

Sądziłam, że może syndrom oszusta powróci z czasem, podsycany pięknymi zdjęciami z social mediów. Że wystawi swoją brzydką głowę zza fanpejdża z tysiącami obserwatorów albo wbije mi szpilkę w postaci czyjegoś komentarza, że „fajne to hobby, ale na czymś takim chyba nie da się zarobić”. Ale nie, mój wewnętrzny krytyk nie miał absolutnie nic do powiedzenia w kwestii mojego szydełkowania. Po raz pierwszy, przeglądając piękne zdjęcia „konkurencji”, nie czułam nadchodzącej klęski, a jedynie zaciekawienie cudzą pomysłowością.

Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie
Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie

Magia dziergania amigurumi

Miesiące mijały, a ja w zastraszającym wręcz tempie dziergałam coraz to nowe zwierzątka, korzystając z książek o amigurumi i z darmowych wzorów z Internetu. Ale powoli przestawało mi wystarczać odtwarzanie cudzych projektów, co było wyraźnym znakiem, że nadszedł czas by rozwinąć własne włóczkowe skrzydła.

Mój pierwszy projekt w zasadzie nie był nawet amigurumi, bo była to… dynia. Nie miała słodkich oczek ani halloweenowego kapelusika — była po prostu dynią. Niemniej, napawała mnie niemałą dumą, szczególnie kiedy kolejne egzemplarze trafiały w ręce moich przyjaciół, a ja mogłam powiedzieć „zrobiłam ją dla Ciebie według własnego wzoru”. A na ich twarzach widziałam wyraz szczerej radości.

Wielka zaleta rękodzieła w starciu z AI

I nie zrozum mnie źle, jestem daleka od popadania w samozachwyt. Szczerze mówiąc, zwykle bliżej mi raczej w tę drugą stronę, bo jak większość osób z ADHD mam skłonność do umniejszania swoich dokonań i mam w tym naprawdę duże doświadczenie. Ale reakcje na moje szydełkowe dynie uzmysłowiły mi, że rękodzielnicy i ich wytwory odpowiadają na zupełnie inną potrzebę, niż prosta chęć posiadania ładnych rzeczy. Bo w świecie, w którym sztuczna inteligencja może wygenerować grafikę w dowolnym stylu, napisać kod aplikacji lub artykuł naukowy, a nawet „zaśpiewać” piosenkę, która będzie tak chwytliwa, że będziesz ją nucić przy myciu zębów, rękodzieło to wciąż jedna z niewielu dziedzin, które oferują odbiorcy autentyczny wysiłek i ludzką kreatywność, włożone w produkt końcowy.

Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie
Amigurumi, czyli jak uciekłam przed syndromem oszusta i pokochałam szydełkowanie

Gdzie mój bezwzględny krytyk?

Czy mój wewnętrzny krytyk zamilkł dlatego, że projektowanie amigurumi jest moim przeznaczeniem? Myślę, że jeszcze za wcześnie na takie życiowe rozważania. Wiem natomiast, że na końcu procesu tworzenia każdej maskotki czeka na mnie radość obdarowanej osoby, która jest jak paliwo odrzutowe dla mojej kreatywności.

Amigurumi, czyli maskotki po japońsku

Origami, ikebana, bonsai… Japońskie słowa mają w sobie tyle uroku, że nikt nawet nie myśli o ich tłumaczeniu na lokalne języki. Amigurumi to po japońsku dosłownie wypchana maskotka zrobiona na szydełku lub na drutach (słowo “ami” opisuje obie te techniki). Charakterystyczne dla amigurumi jest zaciąganie włóczki od góry, zamiast od dołu, co w efekcie daje znacznie ściślejsze oczka o wyglądzie litery X. Japońskie maskotki najczęściej wpisują się w styl kawaii, czyli są urocze i pastelowe, ale międzynarodowi projektanci znacznie poszerzyli zakres ich estetyki i obecnie spotkamy nawet amigurumi w wersji “dla dorosłych”.

Ula Sas
Ula Sas

Autorka: Ula Sas (aka Amigurulla) to neuroatypowa ilustratorka, graficzka i projektantka amigurumi z Krakowa. Idealistka i marzycielka. Kocia matka, dumna Gryfonka i entuzjastka mitologii słowiańskiej. Gdyby nie była sobą, byłaby Luną Lovegood. Kocha morze, magię i Barcelonę, a w wolnych chwilach czyta lub buduje domy w Simsach. No i szydełkuje, rzecz jasna.

Miejsca w sieci: