Czy można mieć wszystko – stabilny biznes, doświadczenie i spokój – a mimo to czuć, że w duszy szaleje wiatr? Monika Tarwid przez dwie dekady budowała swoją zawodową markę, by pewnego mroźnego dnia na Pilsku zrozumieć, że jej prawdziwe życie dopiero się zaczyna. Dziś, zamiast analizować tabelki, rozmawia z aniołami i pisze historie, które wyciskają łzy. Nam opowiada o bolesnym braku wsparcia, o tym, dlaczego pisarz musi być „złodziejem” i dlaczego warto pukać się w aureolę, zanim zrobi to za nas los.
Spis treści
Moniko, po 20 latach w świecie biznesu nagle pojawiła się w Twoim życiu literatura. Co było tym „iskrą”, która zmieniła Pani zawodową ścieżkę?
Literatura nie pojawiła się nagle – była w moim życiu od szkoły podstawowej, kiedy to za sprawą pewnej miłej bibliotekarki pokochałam książki. Czytałam wszędzie i bardzo dużo. Jak kiedyś policzył mój syn, w życiu przeczytałam kilka tysięcy książek. I kiedy pewnego mroźnego, marcowego dnia wchodziłam na Pilsko, zdałam sobie sprawę, że w myślach ciągle przetwarzam wspomnienia z innych górskich wypraw. Wtedy przyszło do mnie jedno zdanie: „Napisz książkę”. Tak powstała moja pierwsza książka – „Krzywa korona blondynki”, opowiadająca o szalonych przygodach w górach dwóch blondynek. Samo pisanie okazało się tak wyzwalające i piękne, że zapragnęłam stworzyć powieść.
Czy w momentach, gdy życie wydaje się uporządkowane i racjonalne, pojawienie się twórczej pasji jest normalne? Dlaczego tak często „pojawia się coś, czego się nie spodziewamy”?
Moje życie z zewnątrz wydawało się uporządkowane i racjonalne, ale w duszy szalał wiatr, a w moim życiu pojawiały się różne zawirowania. Teraz, kiedy patrzę na wszystko, co mnie spotkało, wiem, że to było właśnie „po coś”. Po co? Po to, żebym pisała. Żeby moja ścieżka życia skręciła w końcu na drogę, która była mi pisana. Ja w to wierzę. Oczywiście mało kto to rozumie. I parafrazując tytuł mojej powieści, niektórzy pukają się w głowę: co ona robi? Dlaczego rzuca bezpieczną pracę i chce pisać? Myślę, że kiedy pojawia się w naszym życiu coś, czego się nie spodziewamy, warto odważyć się w to wejść – bo może to właśnie najlepsza rzecz, jaka mogła nam się przytrafić.
Jak wyglądała pierwsza prawdziwa próba napisania powieści? Co Cię zaskoczyło najbardziej w tym procesie?
Moja pierwsza książka nie była powieścią, raczej rodzajem pamiętnika, więc nie było to zbyt trudne – po prostu spisałam swoje wspomnienia. Natomiast kiedy zapragnęłam napisać powieść – o tak, to było ciekawe! Pierwsze pytanie brzmiało: jak się w ogóle pisze powieść? Jak zacząć? Co zawrzeć? Czym na Boga jest Strzelba Czechowa? Kiedy umieścić punkt kulminacyjny? I wiele innych zagadnień, o których uczyłam się wieczorami i w weekendy. Jestem pasjonatką z natury, więc jeśli się za coś zabieram, robię to rzetelnie i całym sercem. Co mnie zaskoczyło najbardziej? To, jak bardzo można związać się z wymyślonymi przez siebie bohaterami – do tego stopnia, że płacze się, gdy dzieje się u nich coś złego. I nie ma znaczenia, że sama to wymyśliłam. Oni naprawdę żyją na kartach powieści – śmieję się razem z nimi i razem z nimi smucę.

Czy zdarzało Ci się podczas pracy nad powieścią analizować postaci i sceny „jak w Excelu”, zanim pozwoliłaś wyobraźni działać swobodnie?
Tak, próbowałam – i niewiele z tego wyszło. Piszę intuicyjnie, scenami. Kiedy jestem smutna – tworzę smutne sceny, kiedy radosna – wesołe. Potem zastanawiam się, jak poprowadzić całość. Mimo że mam zarys historii w głowie i już na początku wiem, jak chcę ją zakończyć i do czego zmierzam, to po drodze wiele może się zmienić. Tak było na przykład z „Puknij się w aureolę”. Miałam całą historię napisaną, a potem skróciłam ją o jedną trzecią i stworzyłam zupełnie inne zakończenie. Pomyślałam, że ta historia zasługuje na kontynuację i nie chcę zamykać pewnych dróg.
Jak wyglądała Twoja transformacja z analitycznego myślenia do kreatywnej przestrzeni twórczej? Czy było to trudne, czy raczej uwalniające?
Myślę – i to zresztą staram się przekazać w powieści – że wszystko w naszym życiu dzieje się „po coś”. Wspominałam o tym wcześniej. Tak było i u mnie. Poukładane życie zawodowe, a prywatnie zdarzenia, które wpłynęły na to, że zaczęłam wędrować po górach… A potem, pod ich wpływem, napisałam pierwszą książkę, później drugą. To analityczne myślenie czasem pomaga, a czasem nie. Natomiast samo doświadczenie pisania jest uwalniające – mogę przelać na papier swoją perspektywę, przemyślenia i to, czym chciałabym podzielić się z innymi.
Jakie nawyki lub rytuały wspierały Twoje pisanie, nawet przy pełnym grafiku zawodowym?
Raczej nie były to konkretne nawyki, tylko zmiana priorytetów. Zamiast weekendowego wyjazdu w góry – pisanie. Zamiast wieczornego seansu filmowego – również tworzenie. To zajęło mnie bez reszty.
Skąd czerpiesz inspirację: z własnego życia, obserwacji ludzi, literatury, czy może z zupełnie nieoczekiwanych źródeł?
Jak ostatnio powiedział Alek Rogoziński na jednym ze spotkań autorskich – pisarz jest złodziejem. Oczywiście to przenośnia, ale coś w tym jest.
Obserwuję zachowania ludzi, ich mimikę, strój, uśmiech. To samo w sobie jest inspiracją. Kiedy piszę o górach, często korzystam z własnych przygód. Dalej… literatura, film, jedno zdanie albo myśl – inspiracją może być wszystko.
Jakie największe zaskoczenie przyniosło Ci pisanie powieści – w sobie lub w otoczeniu?
Myślę, że reakcja otoczenia. Sądziłam, że w najbliższym otoczeniu będę miała większe wsparcie. I ono jest – ale u sprawdzonych osób. Inni znajomi patrzyli na to, co zaczynam robić z dystansem lub niedowierzaniem.
Jakie historie z życia zawodowego lub prywatnego trafiły do powieści w formie zaskakujących wątków?
W „Puknij się w aureolę” znajduje się scena w górach z lawiną kamieni – to wydarzenie z mojego prywatnego życia. Podobnie jak nieudane wejście na Krywań. Reszta to już fikcja, choć osadzona w moich rodzinnych stronach. Są mi bardzo bliskie, dlatego właśnie tam postanowiłam umieścić akcję powieści.
Książka porusza temat relacji, miłości i przeznaczenia w zwyczajnym życiu. Na ile „Puknij się w aureolę” jest inspirowana Twoim własnym życiem, a w jakim stopniu czystą fikcją?
Bohaterowie, jak również ich zmagania z życiem, to fikcja. Choć zapewne w każdej z postaci – nawet w aniołach – można odnaleźć cząstkę mnie lub osób z mojego otoczenia.
Czy motyw aniołów w książce jest bardziej metaforą, czy czymś, co ma dla Ciebie głębsze, osobiste znaczenie?
To metafora – i nie. Bo przecież to, że w coś wierzymy, nie oznacza, że to istnieje, a nasza niewiara nie sprawi, że coś zniknie, jeśli istnieje. Ja wierzę i z taką wiarą żyje mi się łatwiej. Może dzięki tej książce ktoś również włączy swoją uważność i dostrzeże, że ktoś nad nami czuwa?
Anioły pojawiają się w literaturze i w Pani książce. Co sprawia, że ten motyw nadal fascynuje czytelników na całym świecie?
Myślę, że niewiadoma. Ci, którzy wierzą, chcą, żeby to była prawda, bo miła jest świadomość, że ktoś nad nami czuwa. Ci, którzy głośno mówią, że nie wierzą – może też chcieliby uwierzyć? Anioły dają nadzieję, a nadzieja jest czymś, czego potrzebujemy niezależnie od wieku.
Czy wierzysz w znaki, intuicję lub „niewidzialne wsparcie”, które czasem prowadzi nas w życiu?
Wierzę ogromnie. Nie mogłabym napisać takiej książki, gdybym nie wierzyła. A że potraktowałam moich aniołów z przymrużeniem oka? Sądzę, że muszą mieć poczucie humoru, inaczej trudno by im się patrzyło na niektóre nasze decyzje.
Dla jakiej kobiety jest ta książka? W jakim momencie życia powinna po nią sięgnąć?
Na portalu Lubimy Czytać, jeśli czytelniczka ma wypełniony profil, widzę, ile ma lat. Więc przekrój wiekowy jest bardzo różny. Ja ją kierowałam do kobiet 35+, czyli takich, które naiwność przypisaną młodości mają za sobą, i chcą dostrzec więcej, przeżyć piękniej swoje życie i z większą świadomością. Ale z moich obserwacji wynika, że trafia również do młodszych czytelniczek.

Jakie jedno zdanie z Twojej książki mogłoby zmienić perspektywę czytelników i sprawić, że spojrzą na swoje życie inaczej?
…nikt nie jest doskonały. Nawet anioły.
Jakie trzy emocje chciałabyś, aby czytelniczki poczuły najbardziej podczas lektury?
Radość, refleksję i spokój w sercu – taki, który mówi: zaufaj. Nawet jeśli teraz jest źle, za chwilę pojawi się droga, której być może jeszcze nie widzisz, ale która okaże się właściwa i dobra – właśnie dla ciebie.
Czy możemy się spodziewać kontynuacji lub kolejnych projektów, które ponownie połączą codzienność z literacką wyobraźnią?
Planuję w tym roku wydać jeszcze dwie powieści, obyczajową i kontynuację losów Majki Jagiełło-Król. Proszę trzymać kciuki za powodzenie moich pisarskich marzeń – i do zobaczenia w kolejnych książkach. Dziękuję.
Historia Moniki Tarwid to przypomnienie, że nasze „później” jest właśnie teraz. Jej droga od analitycznego myślenia do kreatywnej wolności pokazuje, że odwaga ma zapach górskiego powietrza i smak spełnionych marzeń. A Ty? Kiedy ostatni raz pozwoliłaś dojść do głosu swojej intuicji? Może to właśnie dziś jest ten dzień, by – wzorem bohaterki „Puknij się w aureolę” – zaufać, że droga, której jeszcze nie widzisz, już na Ciebie czeka. Dajcie znać w komentarzach, czy Wy też miałyście w życiu swój „moment na Pilsku”!
Z Monika Tarwid, autorka powieści „Puknij się w aureolę” rozmawiała Renata Zielezińska.

