Życie to scena. Irena Karkosz o pasji, odwadze i sztuce codzienności

  • Post published:2025-11-16
You are currently viewing Życie to scena. Irena Karkosz o pasji, odwadze i sztuce codzienności
Życie to scena. Irena Karkosz

Nie pyta, czy wypada. Tworzy, śpiewa, gra i inspiruje. Irena Karkosz – aktorka Teatru Zza Boru i artystka zespołu Mokosz – pokazuje, że pasja może być najlepszym sposobem na życie. W jej świecie teatr przenika się z muzyką, a codzienność z poezją. Opowiada o odwadze, o scenie i o tym, dlaczego warto wstać z kanapy nawet wtedy, gdy wydaje się, że brakuje sił.

Jak to się wszystko zaczęło – kim była „mała Irenka” i o czym marzyła? Czy, jak wiele dziewczynek, chciała być aktorką?

Mała Irenka od najmłodszych lat kochała książki i naturę. Ania z Zielonego Wzgórza była moją idolką. Uwielbiałam czytać baśnie i marzyć. Jako mała dziewczynka spacerowałam po nadodrzańskich łąkach, zbierałam zioła, stokrotki i fiołki, a z dzwonków robiłam sobie sztuczne rzęsy. Do dziś pamiętam ten bajkowy krajobraz — soczystą zieleń, zapach ziemi i barwę krystalicznych leśnych jeziorek…

Brzmi jak kolorowe dzieciństwo pełne wyobraźni. Czy wtedy już czuła Pani, że będzie Pani tworzyć własną interpretację tego, co wokół – tak jak później w teatrze?

Moja mama była nauczycielką, mieszkaliśmy w szkole. Organizowała wspaniałe przedstawienia dla miejscowej społeczności, aktorami byli uczniowie. Od najmłodszych lat grałam różne role w tych spektaklach — byłam między innymi złą siostrą w „Kopciuszku”, śpiewałam piosenki, tańczyłam. Te aktywności były dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. W prezencie od rodziców dostawałam książki lub płyty z nagraniami słuchowisk. Gdy miałam dziewięć lat, trafiłam do szpitala. Były tam młodsze dzieci — pamiętam, że wystawiałam im przedstawienia, używając zabawek, które mieliśmy, albo po prostu korzystając z własnych zasobów- ciała, głosu. Do dziś pamiętam piosenkę:

„Jedzie król, jedzie król, władca lasów, łąk i pól,
jedzie król ze swą córką, a za nimi dwór wiezie złota wór…” (śmiech).

Urządzałam też własne festiwale piosenki, inspirowane Opolem i Sopotem. Sceną były schody do szkoły, a mikrofonem — skakanka. Kochałam to i śpiewałam z radością. Nigdy nie marzyłam, by zostać piosenkarką, raczej aktorką. Nie otrzymałam jednak odpowiedniego wsparcia. Mam lekką wadę wymowy, nikt ze mną nad tym nie pracował. W liceum, podczas konkursów recytatorskich, ktoś zwrócił na to uwagę i wtedy na długo zrezygnowałam z występów publicznych. Na szczęście w domu wciąż śpiewałam — głośno, z całego serca. Przez większość życia interpretowałam po swojemu różne piosenki. I tak trafiłam do Teatru Zza Boru. To kameralna scena, ale też miejsce kultowe

Co ceni Pani w tej przestrzeni i ludziach, którzy ją tworzą?

Teatr Zza Boru to też trochę moje dziecko. Kiedy Janek Fręś osiedlił się w naszej gminie, spotkaliśmy się u mojej przyjaciółki na ognisku. Opowiadał o swojej pasji teatralnej, a ja o swojej. Janek od razu powiedział: „To stwórzmy teatr!” – a ja odpowiedziałam, że bardzo chcę i wchodzę w to!

Dwie moje przyjaciółki, które też tam były, stwierdziły, że skoro ja się decyduję, to one również spróbują. Spotkaliśmy się w moim domu i razem z moim mężem, który został obsługą techniczną, stworzyliśmy pierwsze przedstawienie – „Pokojówki” Geneta. To było ogromne przeżycie i satysfakcja. Janek ma ogromną charyzmę, dyscyplinę i wiedzę o teatrze – to pozwala nam trwać przez te wszystkie lata. Ze starego składu zostały już tylko cztery osoby. Jedni przychodzą, inni odchodzą, ale ostatnio skład się ustabilizował. Każdy, kto dołącza, wnosi coś twórczego: pomysły, talent, energię. Demokratycznie wybieramy repertuar, dopasowujemy go do aktualnego zespołu, czasem szukamy osoby do roli – a potem ta osoba zostaje z nami na dłużej. Uwielbiam wyjazdy na festiwale teatralne z naszą ekipą.

Czy któraś z ról szczególnie zmieniła Pani spojrzenie na świat lub na siebie samą?

Rola, która najbardziej na mnie wpłynęła, to Claire z „Pokojówek”. Po raz pierwszy poczułam, że można tak silnie wyrażać emocje. Zobaczyłam, że potrafię krzyczeć! Z natury jestem raczej powściągliwa w wyrażaniu emocji, „wyrzucaniu” ich na zewnątrz -może to przez moją pracę, bo jestem kuratorem sądowym. Kiedy na moje przedstawienie przyszli koledzy z pracy, którzy są też moimi podwładnymi, po spektaklu powiedzieli, że nie spodziewali się, iż potrafię krzyczeć (śmiech)

A spektakl „Lekcja” ? Jest mocny i emocjonalny – co w nim było dla Pani największym wyzwaniem?

To mój ulubiony spektakl. Moją rolę służącej wymyśliłam od początku do końca sama. Dużo czasu zastanawiałam się, jaką powinna być — inna, groteskowa, może będąca urojeniem lub fantazją seksualną pani profesor. Strój również był moim pomysłem. Największym wyzwaniem było „ulepienie” tej postaci tak, by potrafiła wiele wyrazić bez słów. A wracając do mojej wady wymowy — wolę role, w których mówi się niewiele. (śmiech)

Czy jest jakaś rola, o której Pani marzy?

Nie mam wymarzonej roli. Lubię odkrywać w sobie nowe obszary, gdy reżyser proponuje mi określoną postać. To jest najciekawsze — szukać w sobie nieznanych, może nieuświadomionych emocji. W naszym ostatnim przedstawieniu gram osobę o złych cechach – to też ciekawe doświadczenie.

Oprócz teatru jest też śpiew – jak narodziła się ta pasja?

Śpiew był we mnie zawsze, to naturalna aktywność, która z czasem — przez stres, zmiany życiowe i problemy zdrowotne z oddechem — przestała być codziennością. Często śpiewałam tylko „w głowie”. Kilka lat temu prowadziłam krąg kobiet i wtedy pojawiła się Wiktoria – właścicielka studia śpiewu białego „Głośno” w Zielonej Górze. Opowiadała o swojej pracy, a ja pomyślałam, że może uda mi się tam poćwiczyć oddech i odzyskać radość śpiewania. Tak też się stało. Od czterech lat śpiewam w zespole Mokosz. Oprócz śpiewu zyskałam coś jeszcze – znajomość ze wspaniałymi, różnorodnymi kobietami, a więc kobiecą energię i radość.

Czy zdarza się Pani łączyć aktorstwo i muzykę?

Bardzo chciałabym połączyć śpiew z aktorstwem. Czasem w naszych przedstawieniach pojawiają się elementy muzyczne. Janek dopisał nam kiedyś do „Serenady” Mrożka dowcipne kuplety w wykonaniu kur – byłam jedną z nich! Nasz teatr w tym roku czytał w bibliotece w Zaborze żartobliwą poezję – odważyłam się wtedy przygotować piosenkę na podstawie wiersza Mariana Załuckiego „Czupiradło”. Publiczności się podobało. (śmiech).

Jak wygląda Pani muzyczna codzienność – czy śpiew to także forma relaksu?

Śpiewam z dziewczynami w Mokoszu, mam lekcje i występy w Tonice, uczestniczę w warsztatach i „pośpiewajkach”. Śpiewam też w domu. Śpiew bardzo reguluje stres. Czasem nie mam siły iść na zajęcia, ale już po pierwszej piosence przychodzi radość i zmęczenie znika.

Aktorka, wokalistka, aktywna kobieta – jak udaje się Pani to wszystko łączyć?

Wszystkie aktywności, których się podejmuję, są po prostu moje. Raz w roku biorę też udział w humorystycznym spektaklu „Zdarzyło się na Kobelce”, w którym grają mieszkańcy Droszkowa. Pracujemy nad nim z Leszkiem Jenkiem około miesiąca. Wydawałoby się, że praca, teatr, Mokosz, nauka śpiewu solo i rodzina (jestem szczęśliwą babcią czworga wnuków) to już bardzo dużo. A jednak w kalendarzu, gdzie już szpilki nie da się wcisnąć, zawsze znajdzie się miejsce na ten projekt. To pasja, chęć bycia z ludźmi i potrzeba ciągłego rozwoju.

Co daje Pani największą satysfakcję – premiera, koncert, czy próby?

Największą satysfakcję czuję tuż przed występem – to oczekiwanie na reakcję widza. Lubię też ten moment po, gdy mogę spotkać się z publicznością i usłyszeć o ich wrażeniach.

Czy zdarza się, że ktoś mówi: „Po co ci to?” – i co Pani wtedy odpowiada?

Często to słyszę. Zawsze odpowiadam: „Bo to po prostu moje życie”. Jedni łowią ryby, inni zbierają znaczki – a ja bawię się teatrem i śpiewem. To mój świat.

Jak radzi sobie Pani z tremą i stresem?

Dobrze, gdy jest odrobina tremy – gdy jej w ogóle nie ma, zaczynam się martwić. Trema napędza, otwiera głowę, człowiek nie zapomina tekstu. Gorzej, gdy pojawia się panika. Tak miałam przed pierwszym przedstawieniem – wydawało mi się, że nie zdołam wypowiedzieć ani słowa. Ale gdy wyszłam na scenę, panika zniknęła.

Ostatnio coś podobnego przydarzyło mi się przed koncertem „Mój Idol” w RCAKu. Kiedy słuchałam, jak świetnie śpiewają studenci, dopadła mnie niewiara w siebie. Wyszłam na korytarz, zaczęłam głęboko oddychać, uspokoiłam myśli, racjonalizując swoją rolę w tym wydarzeniu. Po dwóch minutach wróciłam i wyszłam na scenę spokojna. Na szczęście takie sytuacje zdarzyły się tylko dwa razy odkąd występuję.

Życie to scena. Irena Karkosz
Życie to scena. Irena Karkosz

Skąd czerpie Pani odwagę w świecie, w którym kobiety często słyszą, że czegoś „nie wypada”?

Już dawno przestałam się zastanawiać, czy coś mi wypada, czy nie. Myślę raczej o tym, czy z czymś czuję się dobrze i komfortowo. To umiejętność, którą nabyłam z wiekiem. Cokolwiek bym nie robiła, zawsze znajdzie się ktoś, komu się to nie spodoba – więc nie ma sensu się przejmować. Oczywiście miło jest usłyszeć: „Fajne to, co robisz”, „Lubię, że jesteś taka kolorowa”, „Świetnie zagrałaś”. Takie pozytywne słowa są motorem do dalszej pracy i dają siłę.

Czego nauczyły Panią lata na scenie?

Scena nauczyła mnie szukać w sobie ukrytych emocji i poznawać nowe. Nauczyłam się też, że ludzie, z którymi współpracuję – mimo różnic – potrafią tworzyć spójny, zgrany zespół. Bywają osoby o dużym ego, które szybko odchodzą, bo nie potrafią się podporządkować. Dzięki scenie dowiedziałam się, że umiejętność czerpania z emocji potrzebnych do kreacji teatralnej może przydać się w życiu. Nie mam już problemów z wystąpieniami publicznymi – prowadzę zebrania, szkolenia, występuję na konferencjach. Kiedyś było to źródłem dużego stresu, dziś czuję się pewnie.

Co powiedziałaby Pani kobietom, które boją się realizować swoje marzenia?

Powiedziałabym, że szkoda czasu na dylematy. Każdy dzień przeżyty z pasją odmładza i rozwija. Wiele kobiet z mojego otoczenia zaczęło realizować swoje marzenia – to ogromna siła i energia. Bardzo mnie to cieszy.

Jak dba Pani o równowagę, by pasja nie stała się obowiązkiem?

Na pewno nie jest to łatwe – były w moim życiu takie momenty. Zdarza się, że po pracy, która bywa trudna, najchętniej „zaległabym” na kanapie. Ale odpowiedzialność za wspólny projekt, spektakl czy piosenkę motywuje mnie, żeby jednak wstać. Kiedy już jestem wśród ludzi, działam – natychmiast poprawia mi się nastrój, pojawia się energia.

Ważne jest też to, że na końcu zawsze pojawia się efekt – najlepszy, bo „uszyty na miarę”. Staram się zachować równowagę między czasem z rodziną, przyjaciółmi, aktywnością fizyczną, pracą i pasją.

I tej nieustającej pasji życzę 🙂
Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Kamila Wilczyńska

Redakcja e-Wenus.pl

e-Wenus.pl to najlepszy portal dla kobiet i cyfrowy magazyn tworzony przez kobiety i dla kobiet. Poruszamy tematy ważne dla współczesnych kobiet – przedsiębiorczych, aktywnych zawodowo, mam, singielek i wszystkich, które żyją na własnych zasadach. Inspirujemy, wspieramy rozwój osobisty i zawodowy, dzielimy się praktycznymi poradami na temat życia, zdrowia, finansów, stylu, macierzyństwa, kultury, mody, urody, relacji i kobiecych pasji. Promujemy kobiece inicjatywy i wspieramy kobiece marki, pokazując siłę kobiecej społeczności. Nasz cykl „Pasjonatki” to historie kobiet, które realizują swoje marzenia z pasją i odwagą. Sprawdź więcej w zakładce redakcja nowoczesnego magazynu dla kobiet! 💕Podobał Ci się ten artykuł? Możesz nas wesprzeć – postaw kawę lub dołącz do grona wyjątkowych partnerów portalu dla kobiet e-Wenus.pl!💕