Patrzę w lustro i czasem mam wrażenie, że widzę tam kogoś, kto pełni funkcję. Matki, szefowej, partnerki, córki, która zaraz musi odebrać telefon od kogoś, kto potrzebuje rady. Od lat przyglądam się, jak w naszych kalendarzach, starannie wypełnionych obowiązkami, kolorowymi zakreślaczami zaznaczamy wszystko: zebrania w szkole, wizyty u lekarzy, deadliny, zakupy spożywcze. A potem przychodzi wieczór, opadają rolety, a my – zmęczone – przeglądamy telefon, szukając, choć chwili rozproszenia, zamiast odnaleźć kontakt z samą sobą.
Spis treści
Ciche zniknięcie własnego „ja” w codzienności
Gdzie w tym wszystkim podziała się kobieta, która kiedyś miała swoje pasje, swoje lęki i swoje ciche marzenia? Często mylimy dbanie o siebie z luksusem lub nagrodą za dobrze wykonaną pracę. Wpisujemy w wyszukiwarki frazy o dobrostanie emocjonalnym kobiet, szukamy szybkich sposobów na regenerację, jakby to był kolejny projekt do odhaczenia. Ale prawdziwy czas dla siebie nie polega na wyjściu do kosmetyczki czy na jogę, choć to oczywiście miłe. To stan umysłu, w którym dopuszczasz do siebie myśl, że twoje potrzeby nie są mniej ważne niż potrzeby otoczenia. To przyzwolenie na to, by czasem powiedzieć „nie” światu, by móc wreszcie powiedzieć „tak” samej sobie.
Pułapka bycia idealną dla wszystkich
Pamiętam, jak kiedyś przez miesiąc próbowałam udowodnić całemu światu, że mam nieograniczone pokłady energii. Byłam jak dobrze naoliwiona maszyna. Efekt? W pewnym momencie przestałam czuć smak porannej kawy. Po prostu zniknęłam w tym wszystkim, co musiałam, a przestałam istnieć w tym, co chciałam. Zrozumiałam wtedy, że jeśli nie zacznę wyznaczać granic, moje życie stanie się tylko sumą cudzych oczekiwań.
To nie jest kwestia zarządzania czasem. To kwestia odwagi. Odwagi, by usiąść z książką w środku dnia, kiedy w zlewie czekają naczynia. Odwagi, by wyjść na samotny spacer bez celu. Odwagi, by być dla samej siebie taką samą przyjaciółką, jaką jesteś dla innych.
Pierwsze minuty w niewygodnym fotelu
Oczywiście, nie będę Cię czarować, że to przychodzi z łatwością. Pamiętam pierwsze próby – kiedy postanowiłam usiąść z herbatą w fotelu, czułam w brzuchu fizyczny niepokój. Moja głowa nie przestawała generować list zadań, a każdy dźwięk z drugiego pokoju sprawiał, że rwałam się do działania. Miałam poczucie, że marnuję czas, że jestem egoistką, że to, co robię, jest zbyt mało produktywne. To naturalny etap. Nasze poczucie winy nie znika po jednym głębokim oddechu, ono potrzebuje czasu, żeby przyzwyczaić się do tego, że nie jesteś już na każde zawołanie. Nie zrażaj się, jeśli pierwsza próba zakończy się porażką albo wyrzutami sumienia. To nie oznacza, że nie potrafisz zadbać o swój dobrostan. To oznacza tylko tyle, że jesteś człowiekiem, który uczy się nowej definicji własnej wartości.
Sztuka odpuszczania bez poczucia winy
Nie musisz zmieniać całego swojego życia w jeden dzień. Czasami wystarczy piętnaście minut w zupełnej ciszy, bez przewijania ekranu telefonu, bez analizowania, co jeszcze jest do zrobienia. To ten krótki moment, w którym oddech staje się głębszy, a napięcie w ramionach wreszcie puszcza. To mały akt buntu przeciwko byciu „dla wszystkich”.
Czasem mam wrażenie, że w tych wszystkich naszych rolach zapominamy, iż życie nie składa się tylko z tego, co dajemy innym. Że czasem trzeba się zatrzymać, spojrzeć w okno i pozwolić sobie na to, by przez chwilę nie być dla nikogo użyteczną. I w tej bezużyteczności, w tym dziwnym, na początku niepokojącym bezruchu, wreszcie słychać własne myśli.
Kiedy ostatni raz zrobiłaś coś tylko dla siebie? Nie to, co sprawiło, że poczułaś się lepiej jako mama czy pracownik. Coś, co sprawiło, że poczułaś – po prostu – siebie. Bo kiedy Ty wracasz do siebie, świat wcale się nie kończy. Wręcz przeciwnie – staje się trochę jaśniejszy, bo ma w Tobie kogoś, kto wreszcie jest naprawdę obecny.
A Ty? Co zrobisz z tym popołudniem, gdy wszyscy wreszcie wyjdą z domu? Czy odważysz się po prostu być, zanim znów założysz maskę, której świat od Ciebie oczekuje?

