Ostatni łyk prosecco zawsze smakuje inaczej. Trochę jak nagroda, trochę jak pożegnanie, a trochę jak pytanie, na które jeszcze nie znamy odpowiedzi. Siedzę więc wśród migoczących światełek, z kieliszkiem, który powoli traci bąbelki, i próbuję zrozumieć, dlaczego ten rok był… no właśnie. Jakiś. Nie spektakularny. Nie fatalny. Nie memiczny, choć kilka sytuacji spokojnie mogłoby trafić do internetowego archiwum „moje życie się nie udało”. Był po prostu… jakiś. A jednak zostawił ślad.
Spis treści
„Jakiś” — najbardziej polskie słowo świata
Zauważyłaś? My, Polki, mamy niezwykły talent do emocjonalnej dyplomacji. Zamiast powiedzieć: „Był trudny”, mówimy: „Był… jakiś”. Zamiast przyznać: „To było świetne”, rzucamy: „No, całkiem okej”. To trochę tak, jakbyśmy bały się postawić kropkę. Jakby rok mógł się jeszcze obrazić i wrócić z poprawkami. I ten 2025 — albo każdy inny, bo przecież wszystkie ostatnie lata były jakieś — idealnie wpisuje się w tę filozofię. Trochę śmiechu, trochę zmęczenia, dużo kawy, za mało snu, kilka przemyśleń w stylu „muszę zacząć dbać o siebie”, po czym… nie dbamy, bo życie.
Kiedy życie serwuje zwrot akcji, którego nikt nie zamawiał
Co roku obiecuję sobie, że nic mnie nie zaskoczy. A potem los patrzy na mnie jak na ulubioną bohaterkę komedii romantycznej i mówi: „Potrzymaj mi kieliszek”. Nagle coś się sypie. Jakaś relacja. Jakiś plan. Jakiś projekt. Jakaś wizja „nowej mnie”, którą budowałam na Pintereście jak ołtarzyk motywacji. I wtedy dostrzegam, że te nieplanowane zwroty akcji bywają najlepszą częścią całej historii. Najpierw frustrują, wywracają, doprowadzają do łez nad sosem pomidorowym, który znowu się przypalił. Ale później… później okazuje się, że to właśnie one robią miejsce na coś nowego. Na świeży pomysł, który dojrzewał w tle. Na relację, która okazała się ważniejsza, niż myślałam. Na zmianę, której się bałam, a jednak przyszła z wyczuciem. Rok „jakiś” zawsze ma w zanadrzu co najmniej jeden wątek, który dostrzegamy dopiero przy końcowych napisach.
Małe momenty, które uratowały ten rok
Mogłabym zrobić wielką listę sukcesów. Mogłabym, ale nie będę. Dlaczego? Bo ten felieton jest o prawdzie — a prawda jest taka, że ten rok uratowały zwyczajne, nieinstagramowe momenty. Takie jak:
- poranna kawa, która wyszła idealnie tylko raz, ale pamiętam ją do dziś,
- spacer w mglisty wieczór, kiedy poczułam się jak bohaterka filmu,
- śmiech ze znajomą o 22:37 przez telefon, choć obie byłyśmy wyczerpane jak baterie w świątecznych dekoracjach pod koniec grudnia.
To były te drobne, niepozorne zachwyty, które sprawiły, że rok „jakiś” nagle stał się „mój”.
Dlaczego tak trudno przyznać, że jesteśmy zmęczone?
To chyba jedna z największych kobiecych tajemnic — zmęczenie udajemy dłużej niż zakochanie.
Bywamy „w porządku”, „ogarniamy”, „damy radę”, chociaż w środku marzymy o tym, żeby zaszyć się pod kocem i nie odbierać żadnych powiadomień. A zmęczenie — o ironio — jest najbardziej ludzką rzeczą na świecie. Nie świadczy o słabości, tylko o tym, że żyłyśmy. Całe 12 miesięcy: pracując, kochając, próbując, walcząc, zaczynając od nowa.
W tym roku nauczyłam się wreszcie czegoś ważnego: zmęczenie też może być powodem do dumy.
To znak, że nam zależało. Że byłyśmy obecne. Że nie przespałyśmy życia, choć czasem byśmy chciały.
Lista celów, która miała zmienić wszystko… a zmieniła tylko moją cierpliwość
Jak co roku, w styczniu miałam piękne plany. Planner w pudrowym różu. Zakładki. Cytaty motywacyjne. Wizję „nowej mnie”, która o 6:00 robi jogę, a o 7:00 śniadanie jak z katalogu. A rzeczywistość? Planner zgubiłam w lutym. Znalazłam w kwietniu — kot spał na nim jak na luksusowym materacu. A poranne spacery? Owszem, robiłam. Do lodówki. I wiesz co? Nie czuję wstydu. Czuję ulgę. Bo może właśnie o to chodzi: żeby przestać oczekiwać rewolucji, a zacząć doceniać proces.
Największa lekcja roku: nie wszystko, co ważne, musi być wielkie
Ten rok nauczył mnie, że wielkie rzeczy są przereklamowane. Prawdziwa magia dzieje się w małych, często cichych momentach — w krótkiej rozmowie z samą sobą przy lustrze, w decyzji o odpuszczeniu czegoś, co bolało, w odwadze, by iść spać o 21:00, kiedy wszyscy inni „oglądają jeszcze jeden odcinek”. Małe rzeczy budują wielkie zmiany — powoli, niepozornie, ale skutecznie.
Przyjaciółki: ciche bohaterki każdego „jakiegoś” roku
Gdyby nie one, ten rok miałby o wiele gorsze recenzje. To one:
- wysłuchiwały moich poniedziałkowych dramatów,
- komentowały moje biznesowe przygody jak serial,
- wysyłały memy, kiedy świat był zbyt poważny,
- odpowiadały na wiadomości o 23:58, choć same spały w pozycji „martwego chomika”.
Kobieca przyjaźń to najskuteczniejsza forma terapii. I najlepsza część podsumowania roku.
Te rzeczy, których nie zrobiłam — i które wcale mnie nie definiują
Nie pojechałam w wymarzoną podróż. Nie nauczyłam się hiszpańskiego. Nie zaczęłam pisać książki. Nie zostałam gwiazdą TikToka (szkoda, byłoby zabawnie). Ale za to zaczęłam siebie słuchać. Zaczęłam mówić „nie”. Zaczęłam być dla siebie trochę milsza. I zrozumiałam coś kluczowego: To, czego nie zrobiłam, nie odbiera wartości temu, kim się staję.
Rytuały żegnania roku, które działają naprawdę
Nie spektakularne, nie z fajerwerkami. Po prostu czułe.
- List do roku, w którym dziękuję za lekcje i wybaczam potknięcia.
- Chwila ciszy przy świecy, bez presji i formy.
- Porządki w galerii telefonu, czyli terapia zdjęciowa.
I wreszcie ten ostatni łyk prosecco. Symboliczne „zamykam rozdział”.
Toast za to, co nie wyszło
Brzmi przewrotnie, ale to właśnie te porażki, zawahania, niezrealizowane plany i „babole” sprawiają, że stajemy się ciekawszymi bohaterkami własnej historii. Za co piję? Za chaos, z którego wyrosłam. Za błędy, które mnie czegoś nauczyły. Za lekcje, których nie chciałam, a jednak dostałam.
Czego nauczył mnie ostatni łyk prosecco
Nie jest już tak musujący, jak pierwszy? Nie jest tak ekscytujący, jak trzeci. Ale jest najbardziej symboliczny. Mówi: „Dałaś radę. Przeszłaś przez rok, który był jakiś. I zrobiłaś to po swojemu”. I może właśnie o to chodzi. Nie o idealne lata, tylko o to, żeby w każdym, nawet najmniej spektakularnym, odnaleźć siebie.
Przeczytaj również inne felietony Renaty Zielezińskiej:

