Czasem morze oddaje więcej niż muszle i bursztyny. Tego sierpniowego poranka, między falami Kołobrzegu a ciszą własnych myśli, redaktorka kobiecego magazynu znalazła coś, co poruszyło ją głębiej niż niejeden tekst w redakcyjnym kalendarzu. Zwykła butelka, list sprzed lat i słowa nieznajomej kobiety stały się początkiem opowieści o bólu, nadziei i siostrzeństwie, które łączy nas – nawet przez dziesięciolecia i taflę wody. Ten list mógł trafić do kogokolwiek. Ale trafił właśnie do niej. I może też do Ciebie. Zaproszenie do cyklu „Listy z kobiecych serc„.
Spis treści
Między ciszą a falą
Wydawało się, że to będzie zwykły, sierpniowy poranek. Kołobrzeg o tej porze roku budzi się powoli, ospale, jakby morze jeszcze nie zdecydowało, czy chce dziś tańczyć z falami, czy raczej odpoczywać w bezruchu. Redaktorka kobiecego magazynu, na co dzień zatopiona w kalendarzach redakcyjnych i kampaniach, wybrała się na samotny spacer brzegiem plaży. Chciała wyłączyć głowę. Złapać ciszę. Przypomnieć sobie, kim jest, kiedy nie musi być dla wszystkich.
Szła powoli, czując piasek pod stopami i chłodną wodę muskającą łydki. I właśnie wtedy zobaczyła butelkę. Nie była ani stara, ani nowa. Zwykła, szklana, lekko porysowana. Kołysała się na fali, jakby czekała, aż ktoś ją zauważy. A może właśnie na nią czekała? Zatrzymała się. Z sercem bijącym trochę za szybko. To przecież tylko butelka. A jednak coś w niej mówiło: „Zatrzymaj się.
Zobacz. To nie jest przypadek”.
Więcej niż papier. List z 1997 roku
W środku znajdowała się zwinięta kartka, lekko pożółkła, ale czytelna. Drżącymi dłońmi odkręciła zakrętkę i wydobyła zawartość. Na górze znajdowała się data: lipiec 1997. Pod spodem – list. Pisany kobiecą ręką. Pierwsze zdania były proste i poruszające zarazem:
„Nie mam już siły płakać. A może po prostu już nie chcę. Przyjechałam tu, żeby przestać czuć. On odszedł. Zostawił mnie z planami, obrączką i stołem na sześć osób”.
Z każdym kolejnym zdaniem list nabierał głębi. Był jak spowiedź i pożegnanie. Jak krzyk serca, który nie chciał już dłużej milczeć.
„W hotelowym pokoju zostawiłam wszystko: jego zdjęcie, nasze wspólne notatki, listę zakupów do nowego domu. Tylko ten list zabrałam ze sobą. Bo nie chciałam już mówić nikomu. Tylko morzu. Tylko falom”.
Dalej list był jeszcze bardziej emocjonalny. W tych kilku linijkach zamknięta była historia złamanego serca, kobiecej nadziei i cichego buntu wobec świata, który nie zawsze rozumie.
„Mówił, że jestem 'za bardzo’. Za emocjonalna. Za czuła. Za silna. Za słaba. Za… kobietą. A ja chciałam tylko być kochana. Oddaję ten list morzu. Może ktoś kiedyś go znajdzie i poczuje, że nie jest sama”.
„Jeśli to czytasz – dziękuję, że jesteś. Wierzę, że każda z nas niesie w sobie coś, co warto wypuścić w świat. Może to będzie pierwszy dzień Twojego nowego życia”.
„Nie wiem, kim jesteś. Ale jeśli trzymasz ten list w rękach – znaczy, że to Ty miałaś go przeczytać”.
Kobieta, która napisała ten list, nie prosiła o litość. Nie chciała współczucia. Chciała tylko, by ktoś kiedyś przeczytał jej słowa i wiedział, że nie jest sam.
Złamane serce w szklanej butelce
Kiedy redaktorka czytała kolejne linijki listu, miała wrażenie, że zagląda komuś w duszę. A jednocześnie – że czyta o sobie. Bo przecież każda kobieta choć raz w życiu poczuła się niewystarczająca, nie dość dobra, „za bardzo”.
„Byłam pewna, że miłość wystarczy. Że jeśli kochasz wystarczająco mocno, wszystko inne się ułoży. Nie ułożyło się”.
„Zostawił mnie w czerwcu. Powiedział, że potrzebuje przestrzeni. A ja miałam wrażenie, że po prostu nie chce już oddychać tym samym powietrzem co ja”.
Komentarz redaktorki: „Te słowa nie były pełne goryczy. One były prawdziwe. Jakby wypłakane między jednym oddechem a drugim. Czytałam je i czułam, że nie jestem sama w swoim zmęczeniu”.
Krótka opowieść o butelce
Szklana butelka była zadziwiająco dobrze zachowana. Zielonkawy odcień, lekko porysowane szkło, zatkane starą korkową zatyczką. Niby nic, a jednak w dłoniach redaktorki wydawała się czymś znacznie więcej niż tylko przedmiotem.
„Trzymałam ją ostrożnie, jakby była krucha jak wspomnienia. Jakby mogła się rozpaść, jeśli zbyt mocno ją ścisnę. Może każda z nas czasem jest taką butelką – zamkniętą, pełną emocji, czekającą aż ktoś nas zobaczy. I usłyszy”.
Zmysłowy moment: morze, fale, papier
Gdy usiadła na piasku, by rozwinąć list, wszystkie zmysły się wyostrzyły. Dźwięk fal uderzał rytmicznie, jakby morze chciało dołączyć się do tej korespondencji. Papier był lekko wilgotny, szorstki, pachniał czasem, kurzem i cichą siłą przetrwania.
„W tamtej chwili poczułam, że świat się zatrzymał. Jakby morze oddało mi coś, co od lat przechowywało dla mnie. List. Słowo. Historię. Lustro”.
Lustro utraconej tożsamości
Z każdym akapitem listu wyłaniał się nie tylko obraz kobiety porzuconej, ale też tej, która dopiero szuka siebie na nowo.
„Wiesz, co jest najtrudniejsze? Nie to, że odszedł. Tylko to, że przestałam siebie poznawać w lustrze”.
„Napisałam ten list, bo nie mam komu powiedzieć, że jeszcze tu jestem. Że jeszcze czuję. Że jeszcze próbuję”.
To nie był list z przeszłości. To był list, który trafia w teraźniejszość każdej z nas.
Siostrzeństwo w słowach
Najbardziej poruszające były te fragmenty, w których autorka listu zwracała się bezpośrednio do nieznanej kobiety – jakby czuła, że gdzieś tam, po drugiej stronie morza, jest ktoś, kto go przeczyta.
„Jeśli jesteś kobietą – a czuję, że jesteś – wiedz, że rozumiem. Nawet jeśli się nie znamy. Wiem, co znaczy być niewystarczającą w oczach kogoś, kto obiecywał, że zostanie”.
„Oddaję ten list nie z rozpaczy, ale z nadziei. Może Ty go przeczytasz w lepszym momencie. Może będziesz wiedzieć, że jesteś silniejsza, niż myślisz”.
Komentarz redaktorki: „To było jak szept siostry, której nigdy nie spotkałam, ale która zna moje najgłębsze lęki. Czułam, że pisze do mnie. Do każdej z nas”.
W redakcji portalu dla kobiet e-Wenus.pl, w której pracuje, niemal codziennie spływają wiadomości od kobiet z całej Polski oraz różnych zakątków świata. Opowiadają o rozstaniach, nowych początkach, chorobach, przemianach, utraconych marzeniach i odnalezionych przyjaźniach. „Te listy to nie są statystyki ani formularze. To kobiece serca na papierze. Może dlatego ten list z morza poruszył mnie tak bardzo – bo był kolejnym dowodem na to, że jesteśmy sobie bliższe, niż myślimy”.
Kobiety na plaży – cicha wspólnota
Kiedy następnego dnia znów spacerowała brzegiem morza w Kołobrzegu, zwróciła uwagę na kobiety wokół. Każda inna. Jedna czytała książkę. Inna pisała coś w zeszycie. Kolejna bawiła się z córką w piasku.
„Nie znałyśmy się, ale czułam, że jesteśmy połączone niewidzialną nicią. Każda z nas coś niesie. Może w torbie z ręcznikiem jest też ukryty ból. Może w spojrzeniu w dal – nadzieja, że coś się zmieni. Może każda z nas nosi list, który chciałaby kiedyś wypuścić w świat”.
Czy odezwie się autorka listu?
Na końcu tekstu redaktorka zadaje pytanie, którego nie potrafi wyrzucić z głowy: „Czy kiedyś przeczyta te słowa? Czy może siedzi gdzieś niedaleko, nieświadoma, że jej list został odnaleziony po tylu latach? Jeśli to czytasz – dziękuję. Twój list nie tylko przetrwał morze. Dotarł do miejsca, w którym miał być. I odmienił niejedno serce”.
Redaktorka pisze swój własny list
Wieczorem, w pokoju z widokiem na morze, redaktorka sięgnęła po notes. Czuła, że coś musi wypłynąć – nie z morza, ale z niej samej.
„Piszę ten list do siebie. Do siebie zmęczonej, niedospanej, szukającej sensu w słowach i spojrzeniach. Piszę do siebie, która boi się czasem, że nie wystarczy. Piszę do siebie, która mimo wszystko wierzy, że każda historia ma znaczenie”.
Listu nie wrzuciła do morza. Zostawiła go w notesie. Ale wiedziała, że i tak zrobił to, co powinien – uleczył coś w niej.
Listy, które zmieniają bieg historii
Redaktorka zamknęła list i długo patrzyła na morze. Czuła, że coś się w niej przesunęło – jakby morze oddało jej nie tylko cudzy ból, ale też fragment własnego, który nieświadomie w sobie nosiła.
„Kiedy będziesz gotowa – też napisz swój list. Może nie do morza. Może do siebie”.
Komentarz redaktorki: „Właśnie to zrobiłam. Nie musiałam wyrzucać listu do wody. Wystarczyło, że wyrzuciłam z siebie to, co bolało. I zostawiłam to na papierze”.

„Listy z kobiecych serc” – napisz swój własny list
Każda z nas nosi w sobie słowa, których nikt jeszcze nie usłyszał. Czasem wystarczy jeden list – by poczuć ulgę. By kogoś poruszyć. By wrócić do siebie.
Zapraszamy Cię do cyklu „Listy z kobiecych serc”. To bezpieczna przestrzeń, w której możesz opowiedzieć historię – swoją lub wyobrażoną. Możesz napisać list do siebie, do innej kobiety, do kogoś, kto Cię zranił lub kogo kochasz. Możesz zostać anonimowa. Albo podpisać się tak, jak chcesz.
Wyślij swój list na adres: redakcja@e-wenus.pl.
W tytule wpisz: „List z kobiecego serca”.
My wybierzemy najpiękniejsze z nich i opublikujemy je w kolejnych odsłonach cyklu.
Pisz. Nawet jeśli nie wyślesz – poczujesz ulgę. A jeśli wyślesz – może właśnie Twój list stanie się czyimś światłem w ciemności.

