Co zostaje z człowieka, gdy gasną światła sceny, a brawa cichną szybciej niż oddech po ostatnim skoku? Artur Miłoń – były artysta Cirque du Soleil, dziś adwokat i autor książek – opowiada o świecie, w którym siła rodzi się ze słabości, a tożsamość nie jest stała, lecz nieustannie się przepisuje. W szczerym, momentami intymnym wywiadzie, mówi o życiu pomiędzy sceną a rzeczywistością, o iluzjach współczesności i o tym, dlaczego książka „Dysocjacja” to historia, w której wielu czytelników odnajdzie siebie.
Spis treści
Czy artysta sceniczny ma przestrzeń na słabość, czy słabość musi zostać odłączona?
Każda forma artystyczna potrzebuje zarówno siły, jak i słabości. Trudno zdystansować się czy też odłączyć od słabości. Zresztą już Szekspir pisał cudownie o ludzkich słabościach. Są one częścią nas wszystkich. Trzeba czerpać zatem siłę ze słabości. Tak to jest w przypadku artystów. Są to ludzie wrażliwi i często słabi a mimo to zdolni do tworzenia rzeczy odważnych i pięknych.
Kim był Artur Miłoń, gdy gasły światła sceny?
Do dzisiaj tego nie wiem. Zastanawiam się, jak to naprawdę było ze mną? Kiedy byłem sobą tak szczerze i tak do końca? Na scenie a może poza nią? Cirque du Soleil bardzo mnie otworzył na świat. Wyszedłem ze strefy cienia. Nastąpiła życiowa transformacja. Scena teatru pozwalała na wiele i może dlatego była jedynym miejscem, gdzie Artur Miłoń był Arturem Miłoniem.
Czy zakończenie kariery akrobatycznej było bardziej stratą ciała, statusu czy sensu?
Życie stanowi swoiste continuum. Od narodzin aż po śmierć a może i dalej. Coś się zaczyna i następnie kończy. Dla mnie zakończenie jednego etapu życia stanowi naturalną kolej rzeczy. Początek nowego. Skończyłem z akrobacjami i postanowiłem zostać prawnikiem. Bez oglądania się za siebie ruszyłem naprzód. Pewnie, dlatego nic nie straciłem po drodze. Wręcz przeciwnie, otworzyłem kolejny rozdział życia równie ciekawy i ekscytujący.
Czy przejście z artysty do adwokata wymagało „przepisania” własnej tożsamości?
W pewnym sensie tak. Cyrk i adwokatura to dwa różne światy. Kto widział w życiu klauna, który stał się adwokatem? Już sam pomysł takiej drogi kariery brzmi dość absurdalnie, aczkolwiek przyznam, że to właśnie gra na scenie spektaklu Mystère przygotowała mnie do wystąpień na sali sądowej. Okazuje się jednak, że sala sądowa i teatr mają wiele wspólnego. Na jednej i drugiej każdy aktor odgrywa własną rolę.
Czy współczesny świat – szybki, przebodźcowany, cyfrowy – sprzyja rozwojowi stanów dysocjacyjnych bardziej niż wcześniejsze epoki?
Jak dla mnie za szybki. Już za nim nie nadążamy. W dużej mierze życie kręci się w przestrzeni wirtualnej. To już samo w sobie stanowi przejaw dysocjacji. Uciekamy od rzeczywistości kuszeni cudownym życiem z reklam, zdjęć FB czy też Instagrama. Tak bardzo chcemy być, jak inni, zapominając o sobie samych. Wybieramy świat iluzji, kierując się głosem fałszywych doradców. Następnie bezrefleksyjnie konfrontujemy ten świat z własnym życiem i okazuje się, że jest mało satysfakcjonujące. Wyłączamy się więc w odruchu samoobrony i uciekamy w wirtualne znajomości w poszukiwaniu akceptacji i uzależniającej gratyfikacji.
Czy „Dysocjacja” mogłaby powstać, gdyby nie doświadczenie pracy w Cirque du Soleil?
Dysocjacja jest do pewnego stopnia odbiciem moich wieloletnich doświadczeń życiowych. Nie byłoby Dysocjacji bez tego, co dane było mi przeżyć. Mam na myśli te dobre i te złe momenty życia. Dziś już wiem, że praca na scenie, adwokatura i pisanie tekstów piosenek były tylko długotrwałym procesem przygotowania mnie do napisania książek „Fikołek” oraz następnie „Dysocjacji”.
W jakich okolicznościach zrodził się pomysł, by napisać tę powieść?
Pomysł narodził się zaraz po napisaniu pierwszej książki. Dotarło do mnie, że potrafię coś naskrobać. Do tego od kilku lat miałem pewną historię w głowie, którą w końcu chciałem zmaterializować. Zacząłem więc pisać, a historia zaczęła sama ewoluować. W pierwotnym zarysie książki była postać Starca i miejsce zwane WishBar. Reszta popłynęła spontanicznie.
Czy pisząc „Dysocjację”, musiał Pan sam się z czymś skonfrontować?
Myślę, że tak. W końcu pogodziłem się z własną przeszłością oraz zaakceptowałem własne wady i niedoskonałości. Doceniłem to, co mam. Dotarło do mnie, że dopóki bowiem żyje, wszystko jest możliwe.
Co powiedziałby Pan osobie, która czyta Pana książkę i po raz pierwszy myśli: „To chyba o mnie”?
Bohaterowie Dysocjacji stawiają wiele uniwersalnych i niejednokrotnie egzystencjalnych pytań. Dotyczą one Boga, życia, śmierci, miłości oraz cierpienia. Wielu z nas zadaje sobie podobne pytania. Dla przykładu, jaki jest sens naszego istnienia? Co jest dla nas najważniejsze? Dlaczego zanurzamy się w cierpieniu i czy można zapomnieć o przeszłości bez żadnych konsekwencji dla tego, co jest teraz? Tak naprawdę chyba każdy poszukuje głębszego sensu istnienia, tego, co robi i roli, jaką przychodzi odgrywać każdemu z nas we własnym życiu. Pewnie dlatego czytelnik dość szybko utożsamia się z głównym bohaterem książki.
Jaką jedną myśl chciałby Pan, aby czytelnik zabrał ze sobą po zamknięciu książki?
Piękno życia zawiera się w niepewności nadchodzącej chwili.

To, co zostaje po tej historii
Rozmowa z Arturem Miłoniem nie daje prostych odpowiedzi – i właśnie dlatego zostaje z czytelnikiem na dłużej. To opowieść o odwadze bycia nieidealnym, o akceptacji własnych pęknięć i o życiu, które nie kończy się wraz z jednym rozdziałem. „Dysocjacja” nie jest tylko książką – to lustro, w którym odbijają się nasze pytania o sens, tożsamość i prawdę o sobie. A może najważniejsze, co możemy z niej zabrać, to świadomość, że w niepewności kryje się nie tylko lęk, ale też najczystsza forma wolności.
Jako patron medialny książki „Dysocjacja”, popularny portal dla kobiet e-Wenus.pl gorąco poleca tę lekturę. Zanurz się w opowieść pełną emocji, pytań o sens i zaskakujących refleksji nad tym, kim naprawdę jesteśmy. Przeczytaj również artykuł pt.: „Dysocjacja” Artura Miłonia – literacka podróż w głąb siebie.

