Jesień przyszła niepostrzeżenie, nagle. Z początku ledwie wyczuwalna — chłodniejszy powiew o świcie, inne światło o poranku, miękkie, złote, jakby zamglone wspomnienie lata. Potem przyszło to uczucie, które zna każdy z nas: coś w powietrzu się zmienia. Nie da się już udawać, że to tylko pogoda… To moment przejścia. Świat zaczyna zwalniać, a razem z nim nasze ciała, nasze emocje, nasze serca pokazują to, co przez wiele miesięcy było przykryte: niewypowiedziane słowa, niezaopiekowanie, emocje, ciche niezgody na samego siebie. Jesień nie jest łagodna. Ona nie przychodzi po to, by nas uśpić, lecz po to, by nas obudzić. To czas, w którym prawda przestaje mieć cierpliwość.
Spis treści
Gdy świat zewnętrzny gaśnie, świat wewnętrzny zaczyna krzyczeć
Latem łatwo było uciekać od siebie: w słońce, w ruch, w gwar, w ludzi. Wszystko było na zewnątrz: dźwięki, kolory, emocje, energia. Dopaminowy haj, fizyczne bodźce i ucieczka od tego, co w środku próbowało mówić ciszej niż świat. Jesień to zaproszenie do spojrzenia na to, co jest niewygodne dla umysłu i ego. To czas, gdy świat zewnętrzny cichnie, a świat wewnętrzny zaczyna krzyczeć głośniej.
I to właśnie wtedy tak wielu z nas czuje się jesienią „inaczej”. Pojawia się niepokój, smutek, nostalgia, która przychodzi bez wyraźnego powodu. Z jednej strony chcemy osiągnąć wreszcie „święty spokój”, z drugiej – nie potrafimy znieść tej ciszy. Bo cisza jest lustrem. A w niej widać to, od czego uciekaliśmy i czego nie chcieliśmy widzieć przez wiele miesięcy. Zaczyna się niewinnie — trochę zmęczenia, lekki spadek nastroju, mniejsza motywacja. Ale to nie tylko pogoda. To moment, w którym coś w nas mówi: „Zwolnij. Musimy porozmawiać”.
Ciało, które zawsze pamięta wszystko
Zauważ, że ciało wie wcześniej, manifestując to głośno. Zanim głowa nazwie emocję, zanim świadomość dopuści prawdę — ciało już reaguje. Napina się. Zatrzymuje oddech. Przestaje spać. Albo w ostateczności choruje. Ciało robi to po swojemu. Nie złośliwie, nie przypadkiem. Po prostu mówi w jedyny sposób, jaki zna. To nie sabotaż, to komunikacja, swego rodzaju ostrzeżenie i przypomnienie. Ciało mówi w języku, którego nikt nas nie uczył. Bo uczyli nas milczeć, ukrywać emocje, uśmiechać się, być produktywnym, bo najważniejsze było to, co kto powie. Ale ciało nie zna tych zasad. Ciało nie zna dyplomacji. Nie potrafi udawać. Mówi prawdę, nawet jeśli to boli. I tak oto jesienią, gdy powietrze gęstnieje, gdy dni są krótsze, gdy słońce już nie koi, a przyroda zrzuca maski, my również zaczynamy je zrzucać. Zmuszeni nie przez okoliczności, lecz przez samą naturę. Wtedy właśnie wszystko to, co nieprzeżyte, daje o sobie znać. Zmęczenie, które nie mija. Katar, który wraca. Ból karku, który nie ma przyczyny fizycznej. To nie choroba. To rozmowa, od której zbyt długo uciekałaś/uciekałeś.
Nie uciekaj – prawda i tak Cię dogoni
Czasem dobieramy słowa nie po to, by coś wyrazić, ale żeby uciszyć to, co zaczyna drżeć w środku. By ego mogło powiedzieć: „Wszystko jest pod kontrolą”. Kawa przestaje smakować, ekran nie daje ulgi, rozmowy męczą bardziej niż cisza, a w środku coś się porusza. Nie gwałtownie, nie dramatycznie. Bardziej spokojne, ale nieustępliwe przypomnienie, że coś zostało pominięte.
Znasz to uczucie? Niby wszystko gra, a jednak nic do siebie nie pasuje. Życie płynie dalej, Ty działasz jak zawsze na tzw. autopilocie, ale gdzieś pod tym działaniem pojawia się subtelne poczucie niezgodności. Tak jakby Twoje wnętrze miało inną wersję wydarzeń niż ta, którą pokazujesz światu. Może to nie smutek. Może to echo prawdy, która w końcu znalazła szczelinę.
Może to sygnał, że coś w środku nie chce już być przemilczane. Zmęczenie, które nie znika. Uczucie braku, którego nie da się zatkać kolejnym zajęciem. Cisza, która najpierw drażni, potem zaczyna mówić, a jeśli dalej udajesz, że jej nie słyszysz — pulsuje coraz wyraźniej. Masz czasem wrażenie, że Twoje ciało wie coś, czego Ty jeszcze nie chcesz nazwać? Że mimo planu dnia i spokojnego tonu, coś w środku drży, jakby czekało na moment, w którym nie będzie takiej możliwości, by to przykryć?
Światło czasem rodzi się w ciemności ukrytych iluzji
Umysł bywa sprytny — potrafi stworzyć złudzenie, że jeśli czegoś nie widzimy, to łatwiej będzie z tym żyć. Ale to, co zostało ukryte, nie znika. Raczej leży w nas jak ciężar, którego nie da się odrzucić jednym ruchem. Im więcej chowamy, tym trudniej potem to rozpakować — i tym bardziej wymagające bywa spotkanie z tym, co było skrywane.
To, co teraz może boleć, uwierać albo budzić lęk, nie zawsze jest wrogiem. Czasem jest początkiem drogi do zrozumienia — materiałem do refleksji, a nie czymś, od czego trzeba natychmiast uciekać. Nie zawsze chodzi o to, by przewalczyć uczucie — czasem przez nie trzeba przejść ze zrozumieniem.
Bywa, że to właśnie moment, w którym powoli zaczynamy dostrzegać, że nie wszystko, co się rozpada, jest stratą. Czasem to tylko koniec historii, która i tak nie była prawdziwa. A pod warstwą bólu może pojawić się ulga — nie dlatego, że wszystko staje się łatwe, ale dlatego, że w końcu przestajemy grać coś, co już dawno się w nas skończyło.
Tak — to boli. Tak – to nie jest prosta droga. Zrzucanie masek i iluzji zawsze boli. Ale czy życie w przebraniu, tylko po to, by nie spotkać się z tym, co w środku czekało na zauważenie – nie jest trudniejsze?
Jesień się skończy i nastanie zima
Pewnego dnia jesień się skończy. Ziemia przejdzie w stan zamrożonego milczenia. W powietrzu będzie czuć zmianę. A wraz z pierwszymi światełkami w witrynach zacznie się kolejny etap. Przyjdzie grudzień. Lampki. Dekoracje. Zapach cynamonu. „Magia świąt”. A jednak w wielu z nas, w tym samym czasie, urośnie cisza, której nie da się zagłuszyć. Bo żadne światło nie świeci tak intensywnie, jak to, które próbuje przykryć ciemność. Święta z założenia mają być czasem radości, ciepła, bliskości. Ale dla wielu to okres napięcia, niepokoju, konfrontacji. Rodzina, wspomnienia, niedopowiedziane rzeczy przy wspólnym stole. Oczekiwanie, by „było miło”, nawet jeśli w środku coś się rozpada.
To, co przez całą jesień zaczęło się poruszać – w świątecznym okresie będzie jeszcze bardziej wyczuwalne. Nieprzepracowane emocje, niespełnione relacje, historie zamrożone w pół słowa… W tym czasie często wracają nie dlatego, by zranić, ale dlatego, że zima, jak natura, oczyszcza przez spowolnienie.
Świat będzie błyszczeć od światełek, bo tak wygląda tradycja. Ale dusza często szuka ciszy, ciepła wewnętrznego, a nie dekoracji i powierzchownych iluzji. I to właśnie w tej ciszy, nie w hałaśliwej radości, ale w autentycznym zatrzymaniu, może zacząć się coś na kształt odrodzenia. I może właśnie dlatego ten moment, choć bywa trudny, ma w sobie potencjał. Bo skoro prawda zaczyna pukać, to może warto, zamiast ją zagłuszać, spróbować jej wysłuchać? Nie po to, by wszystko natychmiast rozwiązać, ale po to, by w ogóle dać sobie prawo zobaczenia tego, co domaga się uwagi.
Może to jest czas, w którym można, choć na chwilę znaleźć odwagę, by spojrzeć w to, przed czym przez cały rok się uciekało. Nie z przymusu. A z ciekawości. Z intencją: „Nie muszę wszystkiego zmienić. Ale mogę zobaczyć, co naprawdę we mnie jest”.
Miejsce, w którym łatwiej zobaczyć to, czego oczy nie chcą widzieć
Są chwile, w których człowiek potrzebuje bezpiecznej przestrzeni, by spojrzeć w to, co od dawna domaga się uwagi pod powierzchnią codzienności. Nie każdy potrafi wejść w prawdę od razu. Nie każdy chce tę prawdę zobaczyć — czasem najpierw trzeba poczuć, że stoi się na ziemi, która nie zniknie spod nóg. W Creatoz tworzymy przestrzeń do takiego zatrzymania — nie po to, by za kogoś wykonać jego proces, ale by stworzyć klimat, w którym ten proces może się w ogóle zacząć.
Nasze Harmonizatory nie zmieniają człowieka. Nie mówią, co ma czuć. Nie narzucają gotowej drogi. Działają jak cicha obecność, łagodząc napięcia w otoczeniu, tak jak spokojny oddech czasem ucisza gonitwę myśli. W bardziej uregulowanym, harmonijnym polu łatwiej dostrzec to, przed czym się długo uciekało — nie po to, by ból był większy, lecz by wreszcie można było go zobaczyć bez paniki. Bo czasem pierwszy krok ku zmianie nie polega na działaniu, lecz na tym, by przyznać przed sobą: „To we mnie jest. I nie muszę już przed tym uciekać”.
A od tej chwili — prawda nie straszy tak bardzo, jak wtedy, gdy kryła się w ciemności.
Autor: Franko Lagazzi – z wykształcenia magister inżynier energetyki, specjalność: chłodnictwo i klimatyzacja. Przez ponad 8 lat związany z branżą energetyczną, gdzie łączył techniczną precyzję z zarządczą odpowiedzialnością jako zastępca prezesa. Z czasem jego zawodowa ścieżka obrała inny kierunek – od pracy z energią w jej mierzalnych formach ku eksploracji jej duchowych aspektów. Dziś, zamiast systemów chłodniczych, bada mechanizmy emocji i świadomości, łącząc inżynierski umysł z duchową praktyką. Eksperymentuje, prowadzi obserwacje i testuje właściwości energetyczne oraz duchowe wody we współpracy z Instytutem Masaru Emoto w Japonii. Interesuje go wpływ intencji, dźwięku i struktury na molekularną organizację wody: tej samej, która stanowi ponad 70% ludzkiego ciała. W swoich badaniach łączy empiryczną dociekliwość z subtelną uważnością, traktując wodę nie tylko jako nośnik informacji, lecz jako żywy, reagujący organizm — medium zdolne do zapisu stanów świadomości. Strona www: www.creatoz.com.pl.

