Nowy notes. Nowy plan. Nowe nawyki. Nowa dieta. Nowa rutyna. Najlepiej jeszcze nowe ciało, nowa fryzura i nowa wersja siebie. Wrzesień ma wyjątkowy talent do przekonywania nas, że właśnie teraz powinnyśmy wreszcie „wziąć się za siebie”. Tylko kto właściwie ustalił, że jesień jest kolejnym terminem na poprawianie własnego życia? Jest coś niemal rytualnego w pierwszych dniach września. W sklepach pojawiają się zeszyty, kalendarze i planery. Internet zalewają zdjęcia kawy obok świeżo otwartego notesu. Dlaczego wrzesień to Nowy Rok dla perfekcjonistek dla perfekcjonistek?
Wracają poranne rutyny, zdrowe boxy z jedzeniem, treningi o szóstej rano i listy rzeczy, które „od września robimy inaczej”. Nawet kobieta, która przez całe lato z przekonaniem twierdziła, że potrzebuje tylko świętego spokoju, nagle zaczyna podejrzewać, że być może powinna zacząć biegać. Albo przynajmniej kupić strój do biegania. Wrzesień ma bowiem coś, czego nie ma żaden inny miesiąc poza styczniem: świetny marketing. Styczeń mówi: „Nowy rok, nowa Ty”. Wrzesień mówi właściwie to samo, tylko bardziej elegancko. Z kawą w ceramicznym kubku. W kaszmirowym swetrze. Przy biurku, na którym leży nowy planer.
Spis treści
Dlaczego wrzesień tak bardzo przypomina Nowy Rok?
To nie jest wyłącznie kwestia mody. Wrzesień od zawsze oznaczał początek nowego etapu. Dzieci wracają do szkoły, kończą się wakacje, wracamy do pracy i bardziej uporządkowanego rytmu dnia. Nawet jeśli szkołę skończyłyśmy dwadzieścia lat temu, gdzieś z tyłu głowy wciąż może działać zapisany w dzieciństwie schemat: wrzesień = początek.
Do tego dochodzi zjawisko, które psychologia określa jako Fresh Start Effect, czyli efekt świeżego startu. Badania pokazują, że wyraźne punkty w czasie — początek roku, miesiąca, tygodnia czy nowego etapu — mogą sprawiać, że łatwiej oddzielamy dotychczasowe niepowodzenia od przyszłości i chętniej podejmujemy się realizacji nowych celów. To całkiem logiczne. Jeżeli coś nie udało się nam w maju, możemy powiedzieć: „Trudno, spróbuję w czerwcu”. Jeżeli nie udało się w czerwcu, przychodzi lipiec. Potem sierpień. A potem wrzesień. I nagle pojawia się poczucie, że dostajemy kolejną czystą kartkę. Problem w tym, że bardzo szybko zaczynamy wpisywać na nią zdecydowanie za dużo.
Od „wracam do rutyny” do „muszę się naprawić”
Początkowo wszystko wygląda niewinnie. Chcemy po wakacjach trochę uporządkować dzień. Wstawać wcześniej. Regularniej jeść. Wrócić do ćwiczeń. Ograniczyć telefon. Zacząć czytać książki. Brzmi rozsądnie. Dopiero po chwili okazuje się, że nasza jesienna lista obejmuje również naukę hiszpańskiego, medytację, jogę, kurs online, rozwój zawodowy, przygotowywanie zdrowych lunchów, pielęgnację skóry, oszczędzanie pieniędzy, weekendowe wycieczki, wcześniejsze chodzenie spać i przeczytanie trzydziestu książek do końca roku. A przecież miałyśmy tylko „wrócić do rutyny”. W pewnym momencie zwykła organizacja życia zaczyna przypominać projekt restrukturyzacyjny. I wtedy pojawia się znajome słowo: produktywność.
Kobieta, która cały czas jest „w procesie”
Być może najciekawsze w fenomenie wrześniowych postanowień jest to, że doskonale wpisują się one w kulturę nieustannego samodoskonalenia. Mamy być bardziej zorganizowane. Bardziej świadome. Bardziej aktywne. Bardziej zadbane. Bardziej przedsiębiorcze. Bardziej fit. Obecne. Bardziej odporne psychicznie. Bardziej produktywne. A jeśli przy okazji uda się jeszcze mieć pięknie urządzone mieszkanie, zdrową relację, rozwijającą pracę, czas dla dzieci, czas dla partnera, czas dla przyjaciół i kilka godzin tygodniowo tylko dla siebie — świetnie.
Lista gotowa. Tylko kiedy właściwie mamy z niej zejść? Bo współczesna kobieta coraz częściej nie ma już po prostu żyć. Ma pracować nad swoim życiem. Nad relacją. Nad karierą. Nad ciałem. Nad finansami. Nad emocjami. Nad stylem życia. Nad organizacją czasu. Nawet odpoczynek potrafimy zamienić w zadanie do wykonania. „W ten weekend naprawdę odpocznę”. Jakby odpoczynek miał swój deadline.
Jesienią szczególnie łatwo wpaść w tę pułapkę
Lato jest pod tym względem łaskawe. Możemy później wstawać. Jeść lody na obiad. Czytać książkę przez trzy godziny. Spędzić pół dnia na plaży. Odpisać na wiadomość po kilku godzinach. Nie wiedzieć, jaki jest dzień tygodnia. A potem przychodzi wrzesień. Nagle kalendarz znów zaczyna wyglądać poważnie. W pracy pojawiają się nowe projekty. Dzieci wracają do szkoły. Kończą się urlopy. Dni stają się krótsze. Wraca regularność. I wraz z nią często wraca przekonanie, że teraz trzeba się bardziej postarać. Jesień zaczynamy więc nie od pytania: „Jak chcę przeżyć ten sezon?”, ale od pytania: „Co powinnam jeszcze poprawić?” To subtelna różnica. I bardzo dużo mówi o naszych czasach.
Nowy planer nie rozwiąże starego problemu
Trudno nie zauważyć, jak pięknie sprzedaje się idea nowego początku. Nowy rok potrzebuje nowego kalendarza. Nowa jesień potrzebuje nowego planera. Nowa rutyna potrzebuje nowych pudełek na lunch. Nowa wersja siebie potrzebuje nowych ubrań sportowych. A najlepiej jeszcze aplikacji, która będzie mierzyć, czy wystarczająco dobrze realizujemy własne postanowienia. Nie ma oczywiście nic złego w kupieniu pięknego notesu. Wręcz przeciwnie. Dobry papier może poprawić humor.
Ale warto czasem zadać sobie pytanie, czy kupujemy narzędzie, które pomoże nam coś zmienić, czy kupujemy przede wszystkim przyjemne poczucie, że już zaczęłyśmy zmianę. Bo bardzo łatwo pomylić przygotowanie do działania z samym działaniem. Można przez dwa wieczory wybierać idealny planer. Można rozpisać kolorami wszystkie cele. Można stworzyć tabelę nawyków. Można zapisać na pierwszej stronie: MÓJ NOWY SEZON. A potem po prostu… przeżyć kolejny zwyczajny wtorek. I nic się nie stanie.
„Nowa ja” jest wyjątkowo wymagającą lokatorką
Mam zresztą podejrzenie, że „nowa ja” to jedna z najbardziej pracowitych kobiet, jakie znamy. Wstaje o 5:30. Pije wodę z cytryną. Ćwiczy. Czyta. Medytuje. Pracuje intensywnie i bez rozpraszaczy. Je zdrowe śniadanie. Ma idealnie przygotowany lunch. Pamięta o suplementach. Odpowiada na wszystkie wiadomości. Rozwija biznes. Ma czas dla rodziny. Wieczorem robi wieloetapową pielęgnację. Czyta książkę. Zasypia o 22. I oczywiście następnego dnia robi dokładnie to samo. Nie wiadomo tylko, kto prowadzi jej dzieci do szkoły, robi zakupy, płaci rachunki, sprząta łazienkę, gotuje i przeżywa zwyczajne życie. Być może problem nie polega na tym, że jesteśmy zbyt mało zorganizowane. Być może problem polega na tym, że mamy nierealistyczne wyobrażenie o tym, ile człowiek może zrobić w ciągu jednego dnia.
A co, gdyby wrzesień nie był projektem?
To wcale nie oznacza, że nie warto niczego planować. Warto. Planowanie daje poczucie sprawczości. Nowy sezon może być świetnym momentem na uporządkowanie priorytetów, powrót do ważnych aktywności czy rozpoczęcie projektu, który od dawna odkładamy. Tylko dobrze byłoby rozdzielić dwie rzeczy: chęć zmiany i presję zmiany.
- Jeśli od dawna marzysz o nauce włoskiego — zapisz się na kurs.
- Jeśli dobrze czujesz się po treningu — wróć na siłownię.
- Jeśli tęsknisz za książkami — kup tę, którą naprawdę chcesz przeczytać.
- Jeśli potrzebujesz uporządkować finanse — zrób to.
Ale nie dlatego, że trzeba mieć nowy cel we wrześniu. Zrób to dlatego, że Ty tego chcesz. Być może najmodniejszym trendem tej jesieni będzie brak presji. W świecie, który nieustannie zachęca nas do ulepszania siebie, pewną formą luksusu staje się możliwość powiedzenia: „Tak jak jest, też jest dobrze”. Nie zawsze trzeba zaczynać od nowa. Czasem wystarczy coś kontynuować. Czasem wystarczy coś zakończyć. Czasem wystarczy niczego nie ruszać. I czasem najlepszym planem na jesień jest po prostu zobaczyć, co się wydarzy. Bez piętnastu celów. Bez aplikacji. Bez tabelki z planerem nawyków. Bez poczucia winy po trzecim dniu, kiedy zamiast porannego treningu wybierasz sen.
Wrzesień nie jest egzaminem
Możemy lubić wrzesień za jego świeżość. Za nowe książki. Za swetry. Za pierwszą kawę wypitą przy otwartym oknie, kiedy rano jest już trochę chłodniej. Za powrót do rytmu. Za poczucie, że coś się zaczyna. Ale nie musimy robić z tego egzaminu. Nie musimy pod koniec września wystawiać sobie oceny z produktywności. Nie musimy patrzeć na pustą stronę planera jak na dowód własnej niekonsekwencji. I przede wszystkim — nie musimy rozpoczynać kolejnego sezonu od próby stworzenia nowej siebie. Może ta obecna ma całkiem sporo do powiedzenia. Może wie, czego chce. Może jest zmęczona. Może ma kilka pomysłów. Może zmieniła zdanie. Może wcale nie potrzebuje kolejnego planu. A może potrzebuje tylko jednej rzeczy: żeby wrzesień był wrześniem, a nie kolejną kampanią reklamową na rzecz „lepszego życia”. Bo życie naprawdę nie zaczyna się we wrześniu. I całe szczęście.
A Ty? Wrzesień działa na Ciebie jak drugi Nowy Rok? Nowy planer, nowe postanowienia i powrót do rutyny – czy raczej jesień bez wielkich deklaracji? Jesteśmy ciekawe, czy wrzesień rzeczywiście daje Ci energię do zmian, czy przeciwnie – masz już dość kolejnego sezonu pod hasłem „nowa ja”.

